czwartek, 29 grudnia 2011

Po co święta raz jeszcze

W odpowiedzi na pełen agresji komentarz zamieszczony pod postem DB o tradycji, niewierzących i świętach pozwalam sobie zabrać głos raz jeszcze.
Święto, zwane dzisiaj Bożym Narodzeniem, znane było ludziom, zanim Chrystus narodził się w stajence (daty tego wydarzenia nie podaje żadna z Ewangelii). Według starych (pogańskich jeszcze) wierzeń 25 grudnia rozpoczyna cykl 12 strasznych dni – kiedy to rosnące w siłę światło walczy z wciąż potężnymi siłami ciemności – niedowiarkom (sic!) proponuję, aby prześledzili czas wschodu i zachodu słońca od 25 grudnia do 6 stycznia. Widać walkę i widać zwycięstwo. Widać święta? Jest to czas wielkiej grozy (w dobie elektryczności słabo odczuwanej, ale dawno, dawno temu niezwykle mocno przeżywanej – od światła słonecznego zależało życie, ciemność to śmierć). W czas wielkiej grozy ludzie chronią się w domowym zaciszu, skupiają przy świetle i czekają na rozstrzygnięcie walki. Dlatego tak ważna jest gwiazda, która ma prowadzić przez ciemność (a w historii biblijnej wskazała drogę Trzem Królom do Betlejem), symbolem życia i odrodzenia jest wiecznie zielone drzewko ozdobione owocami i łakociami  jako zapowiedzią przyszłego dostatku. Odległym echem suszonego jabłka wieszanego na choince są kuliste bombki. Stół wigilijny ugina się od potraw, których symbolika ma wiele wspólnego z zaświatami i śmiercią. Ot, choćby grzyby – ciemne owoce lasu – niektóre mogą powodować stany narkotyczne – bliskie snom – sen kojarzony jest ze śmiercią (czy nie mówi się „zasnąć w Panu”?). Tym bardziej mak. Też wywołuje sen, stan bliski śmierci (wystarczy przypomnieć sobie mit o Demeter chociażby). Nie bez powodu większość potraw robi się z suszonych grzybów, suszonych owoców (kompot), mak też jest suchy – suchy, czyli pozbawiony życia. Suchymi potrawami karmi się umarłych – temu samemu służy też dodatkowe, puste nakrycie zostawione na stole. Dla „zbłąkanego wędrowca”, mówimy, nie podejrzewając nawet, że chodzi o tych, którzy wybrali się w ostateczną podróż. Boże Narodzenie, jak każde święto, znosi granicę między światem żywych a światem umarłych, przypomina o nierozerwalności naszych losów. Ostateczne zwycięstwo światła 6 stycznia witane było hałaśliwie, aby ostatecznie odegnać duchy ciemności i zimy. Huk petard – przeniesiony na ostatni dzień roku jest dzisiaj wyłącznie zabawą. Nikt już nie pamięta o głębszym znaczeniu tego hałasu. Mogłabym tak długo – o opłatku jeszcze, o gadających zwierzętach, o obfitości potraw na wigilijnym stole... Ale chyba wystarczy, żeby zobaczyć, że tak zwane Boże Narodzenie to TRADYCJA dużo dłuższa niż chrześcijaństwo i zapisana w tak zwanej podświadomości zbiorowej, a tę posiadają nawet niewierzący i wahający się. Dlaczego więc odmawia im się hołdowania tej tradycji? Bo została wyparta, zmieniona przez nowszą? Życie wszystkich ludzi, wszystkiego, co żyje zależy od słońca w większym stopniu niż od Jezusa Chrystusa. Trzymajmy więc kciuki za walkę światła z ciemnością. 

W powyższych rozważaniach wsparłam się ustaleniami kulturoznawców, historyków i filozofów religii.
AJ

O sensie na nowy rok



Z kosmicznego punktu widzenia nasze życiowe zmagania są nieistotne (patrz post Jaka piękna katastrofa) – z tym się chyba już w większości zgadzamy. Co innego ziemski punkt widzenia. Z ziemskiego punktu widzenia najistotniejsze na świecie jest to, żeby pójść w piątek na imprezę albo, żeby kupić sobie tę boską sukienkę w H&M. Dla niektórych jeszcze ważna jest czwóra z historii albo z matmy. Równie ważne jest pisanie bloga albo opowiadanie na lekcjach o tym jak Mickiewicz mityzuje historię w Panu Tadeuszu. Dzisiejszy sens życia jest jednostkowy, indywidualny. Na zachodzie szaleje kryzys, świat pogrąża się w chaosie, wiek XXI miał być wiekiem religii, a nie jest, młodzi ludzie są cyniczni cynizmem czterdziestolatków... Jak żyć, panie premierze?! Wzywamy, nawołujemy, apelujemy: w nowym roku wysilmy się, by znaleźć sens w codziennej krzątaninie. Chodzi o to, by odróżnić poniedziałek od wtorku, ba! chodzi o to, by zauważyć wtorek i środę w gonitwie za piątkiem i weekendem. Można spróbować buddyjskiej uważności, chrześcijańskiego pochylenia się nad drugim – od tego pierwszego bardzo blisko do drugiego, zresztą. Można, a nawet należy, poświęcić się swojej pasji – obojętnie czy jest nią gotowanie czy szycie, czy fotografowanie, czy rysowanie, czy granie na czymkolwiek, czy śpiewanie albo wchodzenie na drzewa i fotografowanie się na nich, co z powodzeniem czyni pewna młoda artystka z Krakowa i mnóstwo jej naśladowców na całym świecie...  Przypomina mi się bohaterka komedii Jestem na tak, która z niebywałym zaangażowaniem śpiewała w zespole, mającym chyba z siedmiu słuchaczy i z równie wielkim przejęciem prowadziła zajęcia  grupy biegaczy fotografujących albo fotografów biegających - działalność absurdalna, ale najważniejsze chyba, aby wszystko, co się robi, robić z pełnym zaangażowaniem, nawet jeśli jest to tylko mopowanie podłogi... Chodzi mi ten buddyzm po głowie i nic nie mogę na to poradzić. Pewnie, gdybym była człowiekiem religijnym, byłabym buddystką. Jako człowiek duchowy, szukam sensu w porannym piciu kawy i słuchaniu radia. Potem staram się go znaleźć w przekonywaniu pewnej znudzonej klasy, że „poezja to tworzenie pięknych zdań, poezja to tworzenie pięknych zdań, poezja to tworzenie pięknych zdań” (za Tadeuszem Peiperem) albo, że opis parzenia kawy w Panu Tadeuszu to jeden z najpiękniejszych fragmentów w literaturze w ogóle, albo w rozważaniach na temat wariantów zakończenia Przedwiośnia przez Żeromskiego i Bajona w mojej klasie osobistej, z którą to nota bene UWIELBIAM rozmawiać o literaturze i wszystkich innych sprawach też. Jest to zresztą temat na oddzielny post. Wracając do czynności, których celem jest odnalezienie przyjemności z tu i teraz, to podobno wystarczy wykonywać je przez 30 dni, aby stały się nawykiem i pozwoliły sens odnaleźć i poczuć się spełnionym.  Czego wszystkim życzę na nowy rok. Obojętnie jak absurdalne wydaje się to z kosmicznego punktu widzenia.

AJ

środa, 28 grudnia 2011

Własny pokój

Robota lubi głupich! W tym konkretnym przypadku – mnie! Zamiast czytać książki znalezione pod choinką lub zmusić się do sprawdzania prac klasowych 1b i 1e, lub po prostu robić nic, z niewyjaśnionych przyczyn dałam się namówić na malowanie pokoju i przemeblowanie dwóch pozostałych! Człowiek rozsądny tak nie postępuje. Rozsądny nie, ale interesowny  już tak. Otóż   jestem w tym wszystkim nie bezinteresowna. W wyniku  mieszkaniowych roszad odziedziczyłam bowiem pokój. Od dziś mój w ł a s n y . Nie zrozumie tego doniosłego faktu nikt, kto takowy posiada, ale ja nigdy nie dostąpiłam łaski posiadania własnego pokoju. Musiałam go zawsze dzielić z siostrą, potem z koleżankami w akademiku, wreszcie z życiowym partnerem. Moim ulubionym miejscem w domu zawsze była kuchnia, ale nie z powodu jej pierwotnego znaczenia (o moim stosunku do gotowania kiedy indziej). W kuchni uwielbiam stół – sosnowy, odrapany przez psa i kota, z plamami po dziecięcych wyczynach malarskich, skupiający całą rodzinę, przy którym sprawdzam klasówki, rozmawiam, czytam w nocy książki, prasę przy porannej kawie i piszę bloga. Od dzisiaj jednak mam w ł a s n y    p o k ó j. Wybaczcie tę egzaltację, ale naprawdę sprawia mi to radość. Dlaczego ma to tak wielkie znaczenie? Paradoksalnie nie dotyczy to tylko mnie. Posiadanie pokoju na własność było i jest sprawą socjologiczną. W 1929r. Virginia Woolf    w zbiorze esejów „Własny pokój” zanalizowała postaci Jane Austen i sióstr Brontë, zastanawiając się nad miejscem kobiety w literaturze, nad przeszkodami, jakie czekają pisarki, zwłaszcza że pisanie było zajęciem rezerwowanym dla mężczyzn. To stąd pochodzi słynne zdanie, że kobieta potrzebuje własnego pokoju i pieniędzy, aby móc zając się słowem pisanym (Anna Zawadzka, Własny pokój, [w:] Wysokie obcasy. pl).  Nie do końca chodzi mi tylko o pisanie, ale o każdy rodzaj samorealizacji, do której potrzebny jest jakiś  własny kąt, niewielki, ale intymny, w którym można zebrać myśli. Ww. Anna Zawadzka zwraca uwagę, że wolność intelektualna jest zależna od rzeczy materialnych. Kobiety zaś zawsze były biedne. We współczesnych czasach niekoniecznie wynika to z biedy. Brak niezbędnej do życia własnej przestrzeni, miejsca na ziemi, które należałoby tylko do  nich, wynika ze społecznej mentalności, która odmawia kobiecie prawa do zamykania się w takiej samotni. Zawsze to w jakiś sposób podejrzane. Zamknięty w pokoju mężczyzna równa się robieniu rzeczy ważnych, a kobieta w analogicznej sytuacji robieniu rzeczy podejrzanych lub zbędnych.  Jako czyjaś córka, może ona zamknąć się w pokoju pod warunkiem, że w celach nauki, jako żona, matka już raczej nie bardzo, bo cierpi na tym społeczność rodzinna. Jestem przekonana, że świat zyskałby nieprawdopodobnie na intelekcie kobiet, którym dałby szanse zamknięcia się we w ł a s n y m pokoju. Mam nadzieję, że od jutrzejszego dnia (dziś jeszcze przy kuchennym stole) będę tego doskonałym przykładem :)
DB

niedziela, 25 grudnia 2011

Z siedmiu grzechów głównych

popełniłam dziś ze znaczną przesadą, acz świadomie piąte - "nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu". Jak można się było spodziewać, kara nastąpiła bardzo szybko. Cierpię, ale przyjmuję to z pokorą, zwłaszcza że przede mną II dzień świętowania, a więc recydywa :)
DB

sobota, 24 grudnia 2011

Po co niewierzącym święta?

Wystrojona choinka traci igiełki na potęgę, obsypując leżące pod nią prezenty, pachnie ciasto i poranna kawa, zawodzi George Michael i nieśmiertelne "Last Christmas", jeszcze tylko wyprasować bieluteńki obrus i odświętne ubrania, przetrzeć do połysku sztućce i można rozpocząć wraz z pierwszą gwiazdką (dziś chyba zjawisko nieuchwytne - pada!) najstarszy w życiu każdego z nas rytuał. Daruję sobie tylko karpia, świadomość jego cierpienia zanim trafi na stół, udławiłaby mnie. Z tym na szczęście zgadza się cała moja rodzina. Dziś staram się ze wszystkich sił poddać atmosferze odświętności, smakuję moment, gdy mam wreszcie całą rodzinę przy sobie, odsuwam niepokojące myśli, czy przypadkiem o czymś nie zapomniałam. Krótka inwentaryzacja elementów świątecznych wg uświęconej tradycją kolejności. Bo przecież tradycja rzecz najważniejsza. Właściwie po co nam ona? Pytam w bardzo szerokim kontekście, gdyż jak rozumiem katolicy bez wahania udzielą odpowiedzi, zapytani: po co im te święta ( właściwie ciekawe jakiej?), ale po co w ogóle ludziom takie dni? Przydałoby się w tym miejscu przypomnienie genezy Bożego Narodzenia,ale zainteresowanym proponuję wyguglać hasło "narodziny słońca a boże narodzenie". Mnie interesuje potrzeba świąt w aspekcie niereligijnym, ale nadal duchowym (co jak wiem dla dużej części ludzi jest wykluczające się). Odpowiedzi upatruję w naszej ludzkiej naturze, w którą wdrukowany został pierwiastek duchowy. Stąd nasze  bardziej lub mniej uświadomione potrzeby przeżyć metafizycznych.Odświętność, pośród codziennej rutyny, jest  niezbędna dla wewnętrznej równowagi. Bez względu na poglądy, człowiek musi być czemuś wierny (zamiast wiary - wierność). I właśnie tradycja jest czymś takim, wierność jej daje nam poczucie równowagi, sensu, uświadamia co jest istotne - miłość, współczucie, szacunek dla innych, czyli kształtuje naszą moralność.  Rytuał chroni przed chaosem dnia codziennego, choinka, biały obrus, pusty talerz na stole zaspokajają głód duchowości i to bez zakładania wiary w istnienie Absolutu. Pod istotnym warunkiem jednak. Rytuał ten  musi w centrum stawiać człowieka, szczere zainteresowanie nim,poświęcenie mu czasu. Wyklucza to konsumpcyjny charakter tego przeżycia, prezent pod choinką, milion dań na stole nie mogą zastąpić rozmowy z drugą osobą, bycia w takiej chwili tylko dla niej. Udręczona przygotowaniami do rytuału pani domu wpada właśnie w pułapkę konsumpcyjnego charakteru świąt. Uwaga dla wierzących - Boga nie szuka się w kościele na pasterce , ale właśnie przy stole, w denerwującej nieco cioci, obojętnym na co dzień stryjku, ich nieznośnych bachorzętach, napominającej wciąż babci. W zmęczonej mamie i tacie, z którym być może wczoraj znów się pokłóciliście. Dajmy sobie czas prawdziwego zainteresowania sobą. To chyba jest poszukiwanie Boga w człowieku, a nie abstraktu gdzieś w przestworzach. Dla mnie humanistyka stawia człowieka w centrum, zwłaszcza w takim dniu, to on zaspokaja moje potrzeby duchowe i emocjonalne.Potrzeby bycia pełnym człowiekiem lub jak mówią niektórzy , tworem Boga. Bez względu na światopogląd życzę Wam wszystkim i Waszym rodzinom  - poczucia bycia naprawdę razem, przyjaznego spojrzenia na siebie, komfortu spokoju wewnętrznego  i ogromu miłości. Nawet św. Paweł pisał, że jest ważniejsza od wiary :)
DB

środa, 21 grudnia 2011

Agato, po co nam właściwie ta literatura?


Nie mogę sobie odmówić kontynuacji tematu. Agato Janiak jesteś winna  tej prowokacji :)  Książki, literatura to bowiem fascynacja odwieczna i jak mało co w moim  życiu, stała. Pozwolę sobie jednak podeprzeć się dziś autorytetem w tej dziedzinie (literatury, jak i jej czytelnictwa) –  Umberto Eco. Zadam  wraz z nim nieco niepopularne pytanie : jaka jest funkcja literatury? ( w wersji uczniowskiej: po cholerę nam te książki?). Wg wyżej wymienionego (z którym kornie zgadzam się w tej kwestii) tradycja literacka, podobnie jak pierwiastek kwadratowy, mają niematerialną moc. Jedno i drugie trwa stulecia. Różni je to, że literatura nie pełni żadnej praktycznej funkcji ( w swojej ignorancji nie przypisuję jej również pierwiastkowi), czyta się ją dla przyjemności, dla samodoskonalenia, dla rozrywki (poza lekturami szkolnymi). W ogóle literatura nie powinna niczemu służyć. Pełni natomiast kilka  "niepraktycznych" funkcji:
  1. Literatura ćwiczy język.  Świadomie lub nie ,czytając książki powiększamy nasz zasób leksyki – nie chodzi tylko o to, że potrafimy wypowiedzieć zdanie podrzędnie złożone, unikając powtórzeń i  neandertalskiego „yyyy”, ale np. przyswajamy sobie jakieś śmieszne nowotwory językowe, znajdujemy w głowie kilka różnych określeń na to samo zjawisko, a nawet oryginalne przekleństwa. Wszystko to stanowi swoisty kod, którym możemy się porozumieć z wtajemniczonymi. I tu kłania się druga funkcja.
  2. Literatura daje  poczucie tożsamości i wspólnoty. Wiele osób ma tendencję do deklarowania swoich wielkich uczuć patriotycznych, więc literatura narodowa powinna im smakować szczególnie i dawać poczucie dumy,(skąd więc tyle utyskiwania na lektury? ). A tak serio to „czytacze” tych samych książek zawsze znajdą porozumienie, bo mówią  tym samym kodem. Dobrze jest rozumieć, jeśli ktoś mówi, że ma kompleks Edypa, gargantuiczny apetyt, zachowuje się jak Don Kichot, jest zazdrosny jak Otello, waha się niczym Hamlet. I głupio jest tego n i e  rozumieć.
  3. Literatura nas uczłowiecza. Bo wbrew wszystkiemu ten proces nigdy się nie kończy, tzn. u niektórych tak, ale nie o nich tu mówimy. U. Eco jest przekonany, że  ci nieszczęśnicy, którzy łączą się w bandy i zabijają ludzi, (…)czy też palą żywcem dziecko, niezależnie od tego kim są, stają się takimi (…) dlatego, że pozostają wykluczeni ze świata książek i z tych miejsc, gdzie dzięki edukacji i rozmowie dotarłyby do nich odblaski świata wartości, które docierają za pośrednictwem książek. O!
  4. Literatura uczy wierności i szacunku dla interpretacji - w przeciwieństwie do rzeczywistości pozafabularnej (czyli tej wokół nas). Możemy bowiem podważyć w życiu wszystko: prawo grawitacji, pojęcie atomu, fakt, że  Napoleon zmarł na św. Helenie. Nasz otwarty umysł jest zdolny zweryfikować dosłownie wszystko. Ale nie wchodzi to w grę  w przypadku książek. Stary Rzecki był kawalerem, Werter popełnił samobójstwo, Kubuś Puchatek lubił miodek – to są fakty niepodważalne i na zawsze prawdziwe. Uszanuję tych, którzy mają inne niż ja poglądy religijne czy polityczne, ale nie uszanuję ludzi, którzy twierdzą, że Wokulski poślubił Izabelę, Kmicic został zabity, a Śpiąca Królewna nigdy się nie obudziła. Książki mówią o rzeczach, których nie da rady podważyć To nas uczy pokory w interpretacjach, wierności faktom. Krótko mówiąc, czegoś w tym życiu można być zawsze pewnym. Eco: Świat literatury jest światem, w którym można przeprowadzić testy dla ustalenia, czy czytelnik ma poczucie rzeczywistości, czy też padł ofiarą własnych halucynacji.
  5. Literatura pełni funkcję edukacyjną, ale nie chodzi tu o sądy moralne czy kształtowanie poczucia estetyki. Literatura opowiada bowiem o nas – od początku jej istnienia mówi, że losu nie da się odmienić. Wszystko jedno, kto, co nami rządzi: Bóg, przeznaczenie, natura  - to są pułapki na myszy, w które zawsze wpadniemy, nawet jeżeli dobrze wiemy, gdzie zostały ustawione. Poza tym literatura oswaja ze śmiercią. A to największa zagadka, na którą nie ma wprawdzie odpowiedzi, ale za to można poszukać jakiejś formuły. No nie da się, niestety, odsuwać tego tematu od siebie w nieskończoność.
Czy to wystarczające powody, by czytać książki? Dla mnie aż nadto. Dla mojej koleżanki Agaty też. Miło jest być pewnym, że dla części z Was również.

To tyle U. Eco[1] i trochę ja.



[1] Wszystkie cytaty oraz pomysł i niektóre przykłady pochodzą z książki U. Eco O literaturze.
                                                                                                                                                                                   
DB

wtorek, 20 grudnia 2011

Książka pod choinkę


Pod choinką najlepiej znaleźć książkę.

Proszę się przemóc i przeczytać dalej.

Ktoś czyta?

Jeśli nie, to trudno, w moim życiu i tak nic się nie zmieni. Bo jedyną niezmienną sprawą w nim są książki. Zmieniały się “okoliczności życiowe”, mieszkania, miasta, w których żyłam, ludzie pojawiali się i znikali, zwierzęta przychodziły i odchodziły, słowem wszystko się zmieniało, tylko nie książki. Wędrowały po mieszkaniach, które zajmowałam,były pakowane w kartony, przewożone, wnoszone po schodach, wycierane z kurzu i stawiane na półkach, według klucza, oczywiście. Do tych, które już były, dołączały nowe, otrzymane w prezencie, kupione za odkładane kieszonkowe, a potem za zarobione samodzielnie pieniądze. Było mnie stać na jedną książkę (jeśli nowa) i dwie, czasem trzy (jeśli z antykwariatu) w miesiącu. Dylematu: nowa szmatka czy książka nie znałam. Znałam antykwariaty warszawskie, łódzkie, poznańskie, krakowskie. Żyję z książkami.

Błędem byłoby sądzić, że to nudne życie.

Powiedziałabym, że jest to życie pełne SZALEŃSTWA.

Po pierwsze: szaleństwo katalogowania.1 Ustawianie książek na półkach według klucza: literatura narodów czy według rodzajów literackich? Porządek alfabetyczny czy chronologiczny? A może porządek “ulubienia”? Według wielkości czy jakkolwiek, na stojąco czy leżąco?

Po drugie: szaleństwo pozycji przyjmowanych podczas czytania. Na łóżku, na plecach z książką w wyciągniętych nad głową rękach, potem w jednej ręce (żeby tamta odpoczęła), na boku (jak się obie zmęczą), na brzuchu, rozciągnięta w poprzek, z książką na podłodze, podczas gdy leży się na łóżku... Pod kocem, pod kołdrą, w wannie. Skulona w kręgu światła lampki, poza którym ciemność nocy. Przy stole, z książką za talerzem podczas jedzenia albo w uniesionej ręce (problem przewracania kartek), leżąca na stole, z głową opartą na łokciu, z nogą podkurczoną pod brodą - jedną albo obiema, z nogami poskręcanymi pod krzesłem... Czytanie w pociągu, w autobusie, tramwaju, w poczekalniach wszelkiego rodzaju, w kawiarni, w parku na ławce albo na trawie, na plaży.
Szaleństwo dodatków do czytania: pogryzanie orzechów, wyjadanie nutelli, popijanie herbaty, czekolady, kawy, kakao, palenie papierosów (przypadek znany mi z rodziny).

Szaleństwo gestów i zachowań towarzyszących: kręcenie włosów na palcu, gryzienie paznokci, machanie nogami, nagłe zamyślanie się, pokrzykiwanie ze zdumienia (przypadek znany mi z mojej klasy), śmianie się w głos, uśmiechanie się pod nosem, komentowanie, nieprzeparty odruch czytania bliskim co lepszych fragmentów.

Szaleństwo zwyczajów związanych z czytaniem: zakładki kupowane specjalnie albo robione z papierka po gumie do żucia, rozkładanie książki grzbietem do góry, zaginanie rogów, zapamiętywanie stron, system czytania do końca rozdziału, do końca strony, do akapitu. Podkreślanie ważnych zdań (ołówkiem albo długopisem – czarnym albo czerwonym, albo każdym, jaki jest pod ręką), notatki na marginesach, naklejanie samoprzylepnych karteczek tamże albo na wewnętrznych stronach okładki. Czytanie jednej książki od początku do końca albo czytanie wielu książek jednocześnie, zostawianie ich w różnych miejscach, aby mieć zawsze jakąś na podorędziu, noszenie książek z sobą w torbie, kieszeni, plecaku. Trzymanie książek na stoliku nocnym albo pozwalanie im na panoszenie się w łóżku...

Szaleństwo znakowania: wykrzykniki, pytajniki, kropki, ramki (linia prosta albo falowana), buźki, serduszka...

Cały świat czytania.

To jaką książkę chcielibyście pod choinkę?

1Sformułowanie zaczerpnęłam z tytułu książki Umberto Eco.


AJ

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Jaka piękna katastrofa


Na wiedzy o kulturze od paru tygodni rozmawiamy o filmie. Zajęcia z cyklu „mój ulubiony film” kończą się albo zaczynają nieodmiennie od pytania: „a jaki jest pani ulubiony film?”. I muszę coś wymyślać. Oglądam mnóstwo filmów – lubię, a poza tym bycie na bieżąco to taki obowiązek nauczycielski. Nie orientuję się, przyznaję, w najnowszych superprodukcjach typu Kac Vegas gdzieś tam i tym podobnych. Szmirę i kicz wyczuwam na odległość. Ale lubię się pomylić – dać się zmylić tytułowi (nie zawsze szczęśliwie przetłumaczonemu), plakatowi, odtwórcy głównej roli itd. Na pytanie, zadane w czasie lekcji, odpowiadam najczęściej wymijająco, bo nie ma jednego filmu, który ciągle byłby tym ulubionym. „Ulubienie” filmu zmienia się wraz z wiekiem, doświadczeniem, nastrojem, porą roku nawet. Jesienią lubię inne filmy niż wiosną. „Ulubienie” filmu zależy też od tego, z kim go oglądam.Poza tym jedne filmy lubię, a drugie cenię. Jest też kategoria filmów, które lubię pomimo czegoś, a nie za coś. Są też takie, które lubię za jedną scenę. Jest to więc kwestia bardzo skomplikowana. Są filmy, które zwalają z nóg natychmiast (jak Biutiful A. G. Iñárritu), człowiek czuje się po nich chory, zmieniony, rozbity albo szczęśliwy, a są takie, które powoli wsączają się w umysł, pojawiają się w głowie, na przykład, w czasie jazdy samochodem do Kauflandu, przypominają się podczas sprawdzania obecności na lekcji  albo przy zmywaniu naczyń. Znaczy to, że są w głowie cały czas. I nic nie da się z tym zrobić. To przypadek  Melancholii Larsa Von Triera.

Lars Von Trier to reżyser jedyny w swoim rodzaju – nie da się zapomnieć żadnego z jego filmów. Kontrowersyjny, uwielbiany lub nienawidzony, bezkompromisowy artysta totalny. Począwszy od hipnotyzującego Elementu zbrodni, przez pustoszące w środku Przełamując fale, szokujących Idiotów, i poruszające Tańcząc w ciemnościach nie pozwala nawet na chwilę odpocząć. Nie jest to łatwe kino, zwłaszcza od czasu Dogmy (czytaj manifest).

Łatwo za to się zniechęcić, jeśli jest się przyzwyczajonym do kina hollywoodzkiego. Melancholia najpierw mnie rozczarowała: pierwsze ujęcia wydały mi się pompatyczne tak, jak tego nie cierpię najbardziej (choć plastycznie piękne), przyczepiłam filmowi etykietkę pretensjonalnego, którą na szczęście szybko zdjęłam. Jest to studium melancholii – dziś zwanej depresją. Jest to też studium absurdalności naszego istnienia. Oglądamy bohaterkę – Justine - która nie może żyć. Poznajemy ją w chwili, gdy bierze ślub. Sama radość, prawda? Ale z każdą minutą wyraźniej dostrzegamy bezsens wszystkich ludzkich rytuałów trzymających nas przy ziemi i nadających życiu sens. Justine świat rzeczywisty nie pociąga, ludzie zdrowi, zaangażowani w organizację jej wesela wyraźnie ją drażnią. Ślub, awans w pracy nie mogą jej uratować przed świadomością bezsensu całej tej krzątaniny ludzkiej i ona o tym wie. Wie też o wielu innych rzeczach, bo smutek obdarowuje człowieka także bolesną mądrością. Uroczystość okazuje się katastrofą. A później nadchodzi prawdziwy koniec świata. W Ziemię uderza inna planeta – ogromna, błękitna Melancholia. Na ziemi następują gorączkowe próby ratowania się przed kataklizmem, ktoś wyjeżdża, racjonalny naukowiec, polegający na wyliczeniach – kapituluje – popełnia samobójstwo, matka patrzy z niepokojem i żalem na swoje dziecko – szuka ratunku, wpada w panikę. Ludzie próbują chwycić się jeszcze jednego rytuału: powitać koniec na tarasie, z lampką wina w ręce. Dla mnie postawa Justine jest jedyną do przyjęcia – jesteśmy sami we wszechświecie, a niebo jest puste. Trier nie ratuje świata, film kończy się w momencie uderzenia Melancholii w Ziemię. To bardzo piękna katastrofa.
Czy to mój ulubiony film? Wzbraniałabym się przed taką trywializacją. Nie mogę go po prostu  zapomnieć. 


 

AJ

niedziela, 18 grudnia 2011

Biało-czarna estetyka.


Ten post powinien być napisany 22 grudnia, ale wtedy  na pewno będę lepić pierogi, a poza tym to dziś słyszę od rana jego muzykę i przypomniały mi się wszystkie ulubione kawałki. I on sam, idol mojej młodości, a potem dorosłości.
Grzegorz Ciechowski był dla mnie licealnym objawieniem, (wcześniej słuchałam sieczki punkowej na zmianę z Beatlesami).  Estetyka biało-czarnych pasów wyznaczyła styl życia. Fani Republiki czuli się lepsi od reszty świata, a szczególnie od fanów Lady Pank ( pamiętam jak koleżanka wypisała mi na piórniku " biała flaga, czarne pasy, Republika to....", dalej nie wypada, ale ona się nie wahała). Toczyłyśmy niecenzuralne dyskusje, który zespół bardziej godzien naszych fascynacji, oczywiście bez sensu, bo o gustach i potrzebach estetycznych lepiej nie dyskutować. Tak dojrzale jednak zaczęłam słuchać dopiero Obywatela GC (solowa działalność Ciechowskiego). Pociągał mnie wszystkim - oczywiście muzyką, poetyką tekstów, dykcją, wizerunkiem scenicznym, intelektem, nonkonformizmem (biało-czarny świat), męskością. To poeta, intelektualista (polonista!), buntownik, który zmienił  myślenie o muzyce nie tylko moje. To ten rodzaj twórcy, który wie po co staje na scenie, poza oczywistym pragnieniem "rządu dusz", chciał naprawdę  powiedzieć coś ważnego , bez podlizywania się publice. Oczytany, zmuszał słuchaczy do wysiłku intelektualnego, czuły artysta dbał o wyrafinowaną estetykę, oprawę dla muzyki. Takim perfekcjonizmem okazuje się szacunek odbiorcy. Drugim znanym twórcą o podobnym podejściu do sztuki był mój ulubiony reżyser Krzysztof Kieślowski, który mówił, że "nieważne, gdzie stawiasz kamerę,  ważne p o  c o". I to sobie zapamiętałam, żeby robić w życiu różne rzeczy, ale zawsze po coś - z szacunku dla drugiego człowieka. Obaj panowie wyrośli z bardzo polskich klimatów, ale obaj potrafili stworzyć sztukę europejską ( na obrazach Kieślowskiego uczą się filmowcy na całym świecie), obaj wreszcie byli fajnymi  i przyzwoitymi ludźmi. Ich śmierć - nagła, przedwczesna, w połowie drogi twórczej- dotknęła mnie b. osobiście. Nasza rzeczywistość w takich chwilach po prostu ubożeje.
Dziś zmarł także Vaclav Havel - też twórca, intelektualista, polityk z przymusu historii. Kiedy odchodzą tacy ludzie, zawsze pojawia się we mnie lęk: a jeśli nie pojawią inni?Jeśli wszyscy wielcy odejdą, to co z nami - zjadaczami chleba? Kto wykreuje z szarości  biało-czarne lub niebieskie, lub czerwone barwy?*
DB


* Tytuły filmów K. Kieślowskiego Biały, Czerwony, Niebieski

I jeszcze tak na święta:

a Betlejem
Betlejem może być wszędzie
Jezusów pełno dokoła
dzieciaki nagie wciąż w swych żłobkach
a pasterzy wciąż nie ma by przybieżeli
a w sercach naszych anielich
Trzech Króli nie ma się gdzie spotkać
(Obywatel GC)

sobota, 17 grudnia 2011

Dobry wieczór pani profesor

Nowy pub sieradzki Improwizacja otwarty. W zasadzie nowy-stary. Z grubsza nic się nie zmieniło, ale są nowi właściciele i to dobrze rokuje, a przede wszystkim wywieszka: Wstęp od lat 18. I to jeszcze lepiej rokuje. Nie, żeby była jakaś kolosalna różnica pomiędzy tymi bez a tymi z dowodami, ale zawsze mniej tej hipokryzji, która zmusza człowieka do niewidzenia własnych niepełnoletnich uczniów nad szklanką piwa w miejscu, które zasadniczo do tego służy. W ogóle w tak małym miastku wyjście do knajpy to nieuchronne spotkanie z podopiecznymi, co jest z reguły niekomfortową sytuacją, bo:
a) wszyscy chcemy choć na trochę o sobie zapomnieć
b) nie mamy wzajemnie ochoty na świadków swojego pozasłużbowego zachowania (dla zdrowia psychicznego trzeba wrzucić na luz)
c) jak mawia moje dziecię, to żenada spotkać swoich starszych w pubie (jakby człowiek miał jakiś wybór knajpiany w tym mieście)
d) potrzeba nam bycia anonimem, zejścia z codziennego świecznika.
I dlatego też pozostaje życie klubowe wyjazdowe, co jest jednak pewnym utrudnieniem. A człowiek,  konkretyzując nauczyciel, chce w piątkowy wieczór wypić drinka, może nawet powygłupiać się, a potem wrócić do domu i nie mieć moralniaka, że zrobił coś nie tak.Moi wychowankowie, proszę, kiedy kłaniacie mi się w pubie, nie dodawajcie na cały głos: dobry wieczór PANI PROFESOR. Czuję się wtedy, jakbym weszła nie na swój teren i dostała publiczne ostrzeżenie. Zdejmijmy w takich miejscach szkolne maski i załóżmy te z nadrukiem czułej obojętności.
D.B.



czwartek, 15 grudnia 2011

Walka prowadząca ku szczytom?


Problemem nauczyciela jest to, że ledwie wypuści w świat człowieka, z którym przedyskutował wiele kwestii (czasem się udaje), przeżył niejedną chwilę grozy, a czasem nawet chwilę intelektualnej albo emocjonalnej przyjemności, we wrześniu spotyka znowu dzieciucha i musi całą robotę zaczynać od początku. Trzeba wyobrażać sobie Syzyfa szczęśliwym... jak pisał Camus.1
Dlatego trzeba lubić ten zawód i lubić ludzi, ludzi w ogóle, a młodszych ludzi, zwłaszcza. Czasem jest trudno – szkoła to, niczym bronowicka chata, Polska w miniaturze. Nauczyciel jest jeden, a w ciągu dnia ma do czynienia z, powiedzmy, 200 (dwustoma) osobami. Są wśród nich zmęczeni życiem, entuzjastyczni, wiecznie niezadowoleni, nastawieni zawsze optymistycznie, roszczeniowi, umiejący współpracować, nietolerancyjni (baaaardzo), tolerancyjni, wrogo nastawieni, życzliwi... wymieńcie jakąkolwiek cechę, a zobaczę w myślach konkretnego młodszego człowieka. Dodatkowo, każda z tych osób może na przykład źle się czuć, mogła przed wyjściem do szkoły pokłócić się z rodzicami, w sobotę zerwać z chłopakiem/dziewczyną itd. I wszystkim im trzeba, bo tak każe Podstawa Programowa udostępnić wiedzę o... do wyboru: Dziadach Mickiewicza, mitozie i mejozie, prawie Ohma, przećwiczyć wielomiany, analizę tekstu, odczytywanie mapy, szukanie informacji w tekście źródłowym... To trudny zawód. Jak każdy, w którym ma się do czynienia z ludźmi. A ludzie są tacy jak kupcy w perskiej bajce z wczorajszego wpisu. Społeczeństwo polskie, którego, powtórzę, społeczność szkolna jest miniaturową wersją, dodatkowo jeszcze jest w większości bardzo zamknięte. Nastawione na odbiór, a nie osobiste zaangażowanie, krytykę, ocenę, a nie obserwację i bardzo niechętne wobec wszelkich innowacji, wrogie wobec jakiegokolwiek przejawu inności, a poza tym zakompleksione i odreagowujące na innych. I próbuj tu, nauczycielu, motywować do nauki, zachęcać do samodzielnego myślenia, oczekiwać krytycyzmu i formułowania swojego zdania. I nie okaż, broń Boże, zniecierpliwienia, słysząc powtarzane bezmyślnie komunały, nie wzdychaj, stykając się ze stereotypowym rozumieniem rzeczywistości, postaraj się nie zauważać ironicznych uśmieszków pod swoim adresem, nie skrzyw się, widząc wszechobecne znudzenie i brak ambicji – może to być odczytane jako promocja twoich poglądów, a ty masz być obiektywny. MOTYWUJ, ZACHĘCAJ, OKAZUJ ZROZUMIENIE, WSPIERAJ, STAWAJ NA RZĘSACH – za to ci w końcu płacą. Okej. Wyobrażam sobie Syzyfa szczęśliwym.

AJ

1Camus A., Mit Syzyfa, Warszawa 2001, s.110.

środa, 14 grudnia 2011

Pozycja boczna ustalona

Z nieskrywaną fascynacją obserwowałam dzisiaj moją ulubioną klasę, która ćwiczyła "na zaliczenie" pierwszą pomoc. Pikanterii dodaje fakt, że działo się to między Hymnem (Smutno mi Boże) a Testamentem moim, jak wiadomo Juliusza Słowackiego. Wieszcz tak skutecznie pogrążył uczniów w "religii smutku", że odmówili dalszej współpracy i w ramach relaksu postanowili przećwiczyć "pozycję boczną ustaloną". Nieco trudno było znaleźć ofiarę, ale ostatecznie przedstawienie się zaczęło. Czułam się jak na sztuce awangardowej z elementami pantomimy, w trakcie której usiłowałam przymierzyć to  widowisko  do swoich doświadczeń z lekcji po.Udzielanie pierwszej pomocy było zawsze priorytetem tych zajęć (obok rzucania granatem, zakładania maski PeGaz i szukania schronienia w razie ataku masowego rażenia) i uważam, że to bardzo dobrze (tzn. pomoc a nie granat). Powinniśmy mieć wdrukowany w sobie  model udzielania takiej pomocy, ale przede wszystkim wyćwiczony odruch  chęci pomagania. Nie jest to  łatwe, bo  wiąże się nie tylko z humanitarnymi odruchami, ale również z pokonaniem siebie, swojego lęku przed zrobieniem komuś jeszcze większej krzywdy, zmierzeniem się ze swoimi słabościami. Ćwiczenia  zaliczone nawet na bdb, nie muszą przełożyć się na sytuację w realu, gdy poziom stresu odbiera oddech, a trzęsące się ręce nie pozwalają wystukać numeru pogotowia. Trzeba jeszcze sobie uświadomić, że będę chciał (-a) to wykorzystać, będę gotowy (-a) wyjść z gapiącego się tłumu i na jego oczach odtworzyć wszystko to, co kiedyś działo się na lekcjach po. Jeżeli taka świadomość nie zakoduje się  w trakcie wykręcania rąk koleżance, którą usiłuje się przewrócić na bok ( żeby nie połknęła języka) to będzie miało sens równy uczeniu się na pamięć biografii Słowackiego ze wszystkimi datami. Czyli  - żaden.
Lęk przed kiepską oceną kazał opanować mojej ulubionej klasie pozycję boczną ustaloną (nie bez głupawych żartów i podtekstów, z moim niechlubnym udziałem,  niestety), marzę, żeby kiedyś ta wiedza i odruch serca uratowały komuś życie. Wobec takiej perspektywy porzucony w trakcie lekcji Słowacki nie ma znaczenia.
D.B.

Z mądrości Wschodu

Nauki mędrca

Pewien stary mędrzec miał syna, który nie chciał wychodzić z domu, ponieważ miał kompleksy na punkcie swojego wyglądu. Lękał się zatem, że ludzie będą się z niego naśmiewać. Ojciec tłumaczył mu, że nie należy nigdy słuchać tego, co mówią inni, i postanowił mu to udowodnić.
- Jutro - powiedział - pójdziesz ze mną na bazar!
Opuścili dom wczesnym rankiem; stary mędrzec na grzbiecie osła, a syn pieszo u jego boku.
Kiedy przybyli na miejsce, tamtejsi kupcy nie mogli powstrzymać się od szemrania:
- Spójrzcie na tego człowieka, litości nie ma! Wypoczywa na grzbiecie osła, a swemu biednemu synowi każe iść pieszo.
Mędrzec powiedział do syna:
- Dobrze słyszałeś? Jutro też pójdziesz ze mną na bazar.
Następnego dnia mędrzec i jego syn postąpili odwrotnie: chłopiec usiadł na grzbiecie osła, a starzec szedł u jego boku. Przy wejściu na plac targowy byli już ci sami kupcy.
- Spójrzcie na to niewychowane dziecko - mówili - Siedzi spokojnie na grzbiecie osła, gdy jego stary ojciec musi wlec się w pyle drogi. Podobny widok - cóż to za nieszczęście!
- Dobrze słyszałeś? - zapytał ojciec syna - Jutro znów przyjdziesz ze mną na bazar.
Trzeciego dnia wyruszyli pieszo, ciągnąc osła za sobą na postronku.
- Spójrzcie na tych dwóch idiotów - drwili kupcy - Idą pieszo, jakby nie wiedzieli, że osły są po to, żeby na nich jeździć.
- Dobrze słyszałeś? - zapytał mędrzec - Jutro znów przyjdziesz ze mną na bazar.
Czwartego dnia, kiedy opuszczali dom, obydwaj siedzieli na grzbiecie osła.
Kupcy przy wejściu na plac dali upust swemu oburzeniu:
- Co za wstyd! Spójrzcie na tych dwóch! Nie mają żadnej litości dla tego biednego zwierzęcia!
Piątego dnia przyszli na targowisko, niosąc osła na swych barkach.
Kupcy skwitowali to wybuchem śmiechu:
- Spójrzcie na tych dwóch głupców, którzy niosą osła, zamiast go dosiadać!
Mędrzec podsumował to wszystko takim wnioskiem:
- Drogi synu, jak słyszałeś, cokolwiek w życiu zrobisz, ludzie zawsze będą mieli ci coś do zarzucenia. Dlatego nie wolno przejmować się ich zdaniem: rób to, co wydaje ci się słuszne, i idź swoją własną drogą.

Na kanwie bajki perskiej
Michel Piquemal, Bajki filozoficzne,Warszawa 2002.



Na dobranoc. 
AJ






wtorek, 13 grudnia 2011

Mit solidarności


Dzisiaj mija 30. rocznica wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. To kolejna przygnębiająca karta naszej historii, która dzieli rodaków, wzbudza skrajne reakcje i prowokuje do odmiennych ocen. Szczęśliwie dla siebie miałam wtedy 12 lat i jedynym moim zmartwieniem był brak telewizji w tym dniu, który skutecznie rekompensowała wiadomość o zamknięciu szkoły. Nikt z mojego otoczenia bezpośrednio nie uczestniczył w Wielkiej Historii, więc informacje o tych latach zbierałam ze znacznym opóźnieniem. W szkole programowo milczano, dopiero po 89 roku można było zebrać jakiś spójny obraz z martyrologicznych opowieści i filmów (np. Stan strachu Janusza Kijowskiego ze świetną muzyką Grzegorza Ciechowskiego).
Uczniowie, którzy mnie znają, wiedzą jaki jest mój stosunek do narodowej martyrologii. Znać ją – tak, mieć szacunek dla ofiar – tak, rozdrapywać rany, grzebać w truchle – nie. Dlatego nie potrafię podzielić wiary pani minister edukacji, która wyraża nadzieję, że ucząc Was – drodzy wychowankowie - o tamtych wydarzeniach, przekażemy Wam przesłanie solidarności, którego nie zdołano przełamać zbrojną siłą.(czytaj całość) To ładne zdanie, ale mit solidarności dawno już przełamał się i to w czasach budowania wolności. Jak pisał Miłosz:

„Najczystszy z narodów ziemi gdy osądza je światło błyskawic,
Bezmyślny a przebiegły w trudzie zwykłego dnia.
(…)

Władzę oddaje ludziom o oczach handlarzy złotem,
Pozwala wznosić się ludziom o sumieniach zarządców bordelu.

Najlepsi jego synowie pozostają nieznani,
Zjawiają się tylko raz jeden, aby umrzeć na barykadach.
(…)

Mit solidarność runął, choć zdarza się, że w sytuacjach ekstremalnych nadal potrafimy być sobie pomocni. Jesteśmy bowiem narodem akcyjnym, ale niezdolnym do szanowania się na co dzień. Może winna temu właśnie nasza smutna historia…

D.B.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Prawda stara jak świat...

... i jak świat światem prowadząca do konfliktów i nieszczęść...





... z powodu NIEZROZUMIENIA.

Z dedykacją dla "humanistów" i "ścisłowców", którym bliżej do siebie niż sądzą.

AJ

Jak polubić poniedziałki?




Nikt nie lubi poniedziałków, ba! nawet niedzieli nie lubimy, bo po niej następuje ten zdziwaczały, wyrodny, osobliwy ( to z Schulza) dzień tygodnia. To oczywiście uczucia irracjonalne, bo gdyby nie było poniedziałków znienawidzilibyśmy wtorki. Skutki takiego podejścia do sprawy skracają nam życie. Z siedmiu cennych dni, jeden wypada przez podsycaną w sobie niechęć do oczywistego faktu, że zawsze coś ma swój początek.  I dlatego  namawiam do   polubienia tego wyrodka, który nie jest niczemu winien, że stoi po niedzieli. Wiem, że to mission impossible, ale dla poprawy jakości życia może warto zaryzykować. Oto moje argumenty za:

  1. Poniedziałek to początek nowego tygodnia, który zawsze jest wolny od błędów poprzedniego.
  2. Znikną z oczu marudzący rodzice / bachorzęta / rodzeństwo/partner/ partnerka (właściwe podkreślić).
  3. Czekają na nas znajomi, których nie widzieliśmy 2 dni!
  4. Wreszcie dobry moment, aby omówić wydarzenia ostatnich 48 godzin, nawet, jeśli spędziło się ten czas z koleżanką z ławki czy kolegą z pracy.
  5. Można rozpocząć obiecywane sobie:  odchudzanie / aerobik / pomoc babci/ bycie miłym/(właściwe podkreślić)
  6. Mamy wreszcie przed sobą  tydzień na zaplanowanie wypoczynku i rozrywki w jeszcze daleki, ale zawsze nadchodzący weekend.
  7. ?
 Czekam na propozycje. DB

niedziela, 11 grudnia 2011

Czytam powieść fantastyczną


Czytam powieść fantastyczną. Nie jest to mój ulubiony gatunek, ale od czasu do czasu, zachęcona przez młodszych ludzi sięgam po jakąś historię o magach.


Czytam zatem Uczennicę maga Trudi Canavan.  

Gra o tron George'a R. R. Martina czeka w kolejce.






Czytam, żeby zrozumieć fenomen tego typu literatury. Owszem, wciąga - 200 stron minęło nawet nie wiem kiedy. Poza tym, łatwo się czyta -  pod względem językowym jest prościutka, na 350 dotąd przeczytanych stron pojawiło się jedno zdanie, przy którym się zatrzymałam, aby przeczytać je jeszcze raz.  Nie jest to literatura dla miłośników wyrafinowanych konstrukcji językowych, wyzwań formalnych i tym podobnych fanaberii. Tu chodzi o historię snującą się dość leniwie i rozgrywającą się w innej niż znana nam krainie, a jednak znalazłam tu coś bardzo znajomego:

"Te pierwsze domy były lepiankami zbudowanymi najwyraźniej ze śmieci. Ledwie je było widać zza gromad brudnych, chudych ludzi w potarganych łachmanach. Do powozu przykuśtykała kobieta, w której ustach można było dostrzec zaledwie kilka poczerniałych pieńków zębów. W ręce trzymała koszyk pomarszczonych owoców. (...) Tessia spojrzała za siebie i dostrzegła las rąk wyciągniętych w błagalnym geście - rąk dziesiątek ludzi przykucniętych pod ścianami lepianek, jakby pozdrawiających przejeżdżający powóz. To żebracy, uświadomiła sobie, wyciągający ręce lub miski po pieniądze. Przyjrzawszy się bliżej, dostrzegła wrzody, które powinno się wyczyścić i opatrzyć - oznaki choroby wywoływanej przez niewłaściwe odżywianie. Narośle, które sprawny chirurg usunąłby bez problemu. Poczuła w nozdrzach odór śmieci, odchodów, rzygowin i stęchłego potu.
To ją paraliżowało. Była w szoku. Ci ludzie potrzebują przecież pomocy. Potrzebują całej armii uzdrowicieli. Miała ochotę wyskoczyć z powozu i coś zrobić... Ale co? Nie miała przy sobie ani torby z lekami, ani narzędzi. Nie miała palnika, żeby wypalić do czysta ostrze. Nie miała ostrza, które mogłaby wypalić. No i od kogo miałaby zacząć?
Zalała ją fala rozpaczy, jakby nagle lunął lodowaty deszcz, wyziębiając ją do kości. Opadła na siedzenie i poczuła, że ktoś na nią patrzy. Mistrz Dakon. Nie podniosła oczu. Wiedziała, że zobaczy na jego twarzy współczucie, a w tej chwili nie miała na to ochoty.
Powinnam być wdzięczna, że on mnie rozumie. On wie, że chciałabym uzdrawiać tych ludzi, ale nie mogę. Nie chcę jego współczucia, chcę wiedzy, środków i swobody, żebym mogła im pomóc. A także wyjaśnienia, dlaczego tak żyją - i dlaczego nikt nic z tym nie robi."

Pytanie konkursowe brzmi: Kogo przypomina Tessia w tym fragmencie?


AJ

Uwaga: problem!


Nie mam zamiaru wkładać kija w mrowisko ( tzn. nie miałam do tej chwili), bo temat budzi emocje, a niestety nie gwarantuje rozstrzygnięcia. Gniecie mnie on jednak od wielu dni, więc żeby sobie ulżyć, pytam głośno, czemu w szkolnym matrixie określenie humanista wymawiane jest jak obelga? Czemu jest jednoznaczne z debilizmem lub, w najlepszym wypadku, opóźnieniem intelektualnym? Czemu ten zwrot do słabo radzących sobie z matematyką, fizyką lub chemią uczniów klas humanistycznych jest nasycony pogardą? Czemu nieumiejętność albo i niechęć do układania świata wg wzorów jest tak godna potępienia? I wreszcie skąd pewność, że tylko oni – humaniści - zasilą za parę lat kolejkę po zasiłek dla bezrobotnych? Zwłaszcza w kraju, w którym niczego nie można być pewnym. Chyba już nawet dzieciak ma świadomość, że ŻADEN kierunek nie gwarantuje sukcesu zawodowego, ba! chociażby jakiejkolwiek pracy w swojej wymarzonej profesji. Skąd więc pewność, że tylko absolwenci kierunków humanistycznych są skazani na porażkę? W końcu zawsze można trafić do szkoły, nawet po kierunkach ścisłych, czyż nie? Tyle, że i nauczycielowi przyda się czasem porada prawnika, pomoc psychologa, wiedza historyka itd.
A przecież humanistą jest każdy, kto zada sobie fundamentalne pytanie o sens tego, po co chodzi po tym świecie. No można oczywiście bez tego przeżyć, ale w takim razie po co zeszliśmy z drzewa? I po co mi wzór na pole kwadratu czy znajomość wszystkich rzek świata, jeśli nie zapytam siebie: po kiego grzyba tu jestem. Lekcje szkolne poświęcone takim pytaniom można oczywiście uznać za bezsensowne, zmuszanie kogoś do czytania książek również, zwłaszcza że literatura przeszkadza dobrym ludziom, bo budzi, obnaża i mówi: taki jesteś! A po co mają się czegoś o sobie dowiadywać?1 W ogóle literatura i rozważania nad nią są czymś niepoważnym, niepraktycznym Przypominam jednak, że pierwsi filozofowie byli naukowcami w dzisiejszym tego słowa znaczeniu, w starożytności takich rozróżnień nie czyniono. Przez kolejne epoki głos w sprawie literatury zabierały autorytety w dziedzinach ścisłych, co się więc stało, że dziś humanista to brzmi jak nieudacznik, nieokreślony życiowo, ułomny? Jakim prawem pod adresem młodych ludzi, którzy zdecydowali się na taki profil wyraża się pogląd, że do niczego się nie nadają?

DB
1 W. Jerofiejew 











Jest sobota. Cały dzisiejszy dzień spędziłam na odgruzowywaniu mojego mieszkania, które zapuściłam poświęcając się pracy – sprawdzaniu, czytaniu, przygotowywaniu, szukaniu, rozmyślaniu i innym, temu podobnym, błahym zajęciom humanisty. Praktyczne, pożyteczne zajęcia, typu odkurzanie, ścieranie kurzu, mopowanie podłóg, tudzież mycie klozetu odeszły na bok na cały tydzień, ponieważ człowiek, jakim jestem ( genetycznie przekazywane adhd ) nie radzi sobie z tyloma obowiązkami naraz. Bardzo mi przykro: jestem ułomna. Albo mam porządek w domu (rzadko), albo jestem w miarę kompletna duchowo i umysłowo. Wybieram to drugie najczęściej. No, ale dzisiaj postanowiłam zadość uczynić domostwu, żeby dało się w nim mieszkać. Po co to piszę? Po to, żeby uczynić WSTĘP. Bo oto: sprzątanie NIE UCHRONIŁO MNIE JEDNAK PRZED MYŚLENIEM o kondycji ludzkiej. I o absurdalnym dla mnie podziale na „humanistów” i „ścisłowców”. Staję bezradna wobec pogardy dla humanistów. Gdzie i kiedy to się zaczęło? Gdzie jest początek tej wrogości? Skąd się ona wzięła? Czy pogarda dla humanistów ma zastąpić nietolerancję dla mniej sprawnych fizycznie lub psychicznie, czy innych? Czy teraz humaniści mają być „chłopcem do bicia”? W następnej wojnie to humaniści mają być prześladowani? O co chodzi, bo ja tego nie rozumiem? Dlaczego nagle moje tysiące przeczytanych (często kilkakrotnie) i przemyślanych książek i setki tysięcy przeczytanych i przemyślanych artykułów, setki poznanych arcydzieł malarskich, a także setki obejrzanych i przemyślanych filmów i spektakli teatralnych są czymś nikłym wobec funkcji kwadratowej, obliczeń procentowych czy wiedzy o plantacjach soi na świecie? Dlaczego? Dlaczego moja wiedza historyczna, filozoficzna, psychologiczna, literacka wreszcie, czyni mnie człowiekiem drugiej kategorii dla znawców całek, populacji bydła, różniczek, powierzchni nieciągłości i pochodnych? Jakim prawem ci, którzy mówią : „włanczać” i że „pisze tu rok dwutysięczny dwunasty” czują się lepsi ode mnie? Skoro ja, mówiąca poprawnie, nie czuję się lepsza od nich?
Coś złego dzieje się ze światem, skoro pojawiają się takie problemy.
Infantylizuje się.
Albo nudzi.
Człowiekowi mądremu i dojrzałemu nie przyjdzie do głowy pogarda dla drugiego człowieka.

AJ

środa, 7 grudnia 2011

Przypisy do szkoły

Najgorzej, gdy szkoła ucieka się do takich metod, jak zastraszanie, przemoc czy sztuczny autorytet. Metody te niszczą u uczniów naturalne odruchy, szczerość i wiarę w siebie, czyniąc z nich ludzi uległych.
Albert Einstein



Nauka w szkołach powinna być prowadzona w taki sposób, aby uczniowie uważali ją za cenny dar, a nie za ciężki obowiązek. 
Albert Einstein



Szkoła przygotowuje dzieci do życia w świecie, który nie istnieje.  
Albert Camus



Szkoły stały się dziś, niestety, takimi instytucjami, w których dzieci zdobywają jedynie taką ilość wiadomości, aby móc zostać nauczycielami. 
Sacha Guitry 




Warto tu przypomnieć eksperyment prof. Edyty Gruszczyk-Kolczyńskiej. Rozmawiała z sześciolatkami – i osobno siedmiolatkami – o liczbach. W trakcie rozmowy z sześciolatkami jakby od niechcenia mówiła, że 2 plus 3 jest 7. Dzieci gorąco zaprotestowały. Natomiast siedmiolatki, już chodzące do szkoły, na taką samą wypowiedź już nie protestowały, przyjęły ją milczeniem. 
prof. Zbigniew Marciniak 




No i zrobiło mi się smutno i źle... Dobranoc.
AJ




Przedstawiamy się

Witamy wszystkich, którzy zabłądzili na tę stronę lub – co jeszcze przyjemniejsze- świadomie poświęcają jej swój cenny czas. Jesteśmy nauczycielkami literatury, fascynatkami kina i  przy okazji mamy przyjemność łączenia pasji z zawodem. Od wielu lat wykonujemy ten niezwykle kontrowersyjny w polskim społeczeństwie fach. Paradoksalnie przecież nikt nas nie lubi – ani uczniowie, ani ich rodzice, ani pan/pani minister (inaczej nie przychodziłyby kolejnym politycznym ekipom do głowy tak głupie pomysły), ani wreszcie sami nauczyciele.
A mimo to z niesłabnąca energią niesiemy ten „kaganek” licząc, że przyjdą czasy, kiedy ktoś nas doceni lub przynajmniej  nie wypomni nam wakacji, pensum i innych (bliżej nam nieznanych) niezliczonych przywilejów. Żeby nie stracić wiary w siebie, od lat odpowiadamy na idiotyczne zarzuty tą samą mantrą: trzeba się było uczyć… I w związku z tym same sobie zazdrościmy, że wykonujemy ten fantastyczny zawód.
Strona ta powstała ( z niemałymi obawami) przede wszystkim z ciekawości, nieustannej potrzeby happeningu, z potrzeby konfrontowania się z  Wami, po drugiej stronie biurka, z Waszymi poglądami, mamy nadzieję pomysłami, ale także, aby Wam nieco pomóc w polonistycznym gąszczu wiadomości. Zapraszamy do współpracy Was, może Waszych rodziców, oczywiście naszych kolegów i koleżanki z pokoju nauczycielskiego. Poopowiadajmy sobie, co warto zobaczyć, czego posłuchać, co obejrzeć, z czego się pośmiać, a co wyśmiać. Nabierzmy wzajemnie dystansu do swoich ról, w które codziennie wtłacza nas ta z założenia stresogenna  i  patologiczna instytucja zwana szkołą polską.


Dorota Błaszczyk
Agata Janiak