Dzisiaj mija 30. rocznica
wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. To kolejna przygnębiająca
karta naszej historii, która dzieli rodaków, wzbudza skrajne
reakcje i prowokuje do odmiennych ocen. Szczęśliwie dla siebie
miałam wtedy 12 lat i jedynym moim zmartwieniem był brak telewizji w tym dniu,
który skutecznie rekompensowała wiadomość o zamknięciu szkoły.
Nikt z mojego otoczenia bezpośrednio nie uczestniczył w Wielkiej
Historii, więc informacje o tych latach zbierałam ze znacznym
opóźnieniem. W szkole programowo milczano, dopiero po 89 roku można
było zebrać jakiś spójny obraz z martyrologicznych opowieści i
filmów (np. Stan strachu Janusza Kijowskiego ze świetną muzyką
Grzegorza Ciechowskiego).
Uczniowie, którzy mnie znają,
wiedzą jaki jest mój stosunek do narodowej martyrologii. Znać ją – tak,
mieć szacunek dla ofiar – tak, rozdrapywać rany, grzebać w
truchle – nie. Dlatego nie potrafię podzielić wiary pani
minister edukacji, która wyraża nadzieję, że ucząc Was – drodzy
wychowankowie - o tamtych wydarzeniach, przekażemy Wam przesłanie
solidarności, którego nie zdołano przełamać zbrojną siłą.(czytaj całość)
To ładne zdanie, ale mit solidarności dawno już przełamał się
i to w czasach budowania wolności. Jak pisał Miłosz:
„Najczystszy
z narodów ziemi gdy osądza je światło błyskawic,
Bezmyślny a przebiegły w trudzie zwykłego dnia.
(…)
Bezmyślny a przebiegły w trudzie zwykłego dnia.
(…)
Władzę oddaje ludziom o oczach handlarzy złotem,
Pozwala wznosić się ludziom o sumieniach zarządców bordelu.
Najlepsi jego synowie pozostają nieznani,
Zjawiają się tylko raz jeden, aby umrzeć na barykadach.
(…)
Mit solidarność runął, choć zdarza się, że w sytuacjach ekstremalnych nadal potrafimy być sobie pomocni. Jesteśmy bowiem narodem akcyjnym, ale niezdolnym do szanowania się na co dzień. Może winna temu właśnie nasza smutna historia…
D.B.