Przeczytałam właśnie książkę
Jacka Dehnela pt.: Saturn. Było to drugie podejście, za
pierwszym razem, spory kawałek czasu temu, wydała mi się
niestrawna, zakładka pozostawiona na 34 stronie dobitnie o tym
świadczyła. Co skłoniło mnie do powtórnego sięgnięcia po tę
książkę? Rzadkie zjawisko PUSTEJ szafki nocnej. Pustej, co znaczy,
że nie piętrzą się na niej książki do przeczytania. Straszna
sytuacja. Aby jej zapobiec prędko rzuciłam okiem na półki, aby
poszukać takich niedoczytanych, rozpoczętych, ewentualnie
niepamiętanych.
Drugie podejście było trafione.
Saturn trafił na swój czas w moim czytelniczym życiu –
połknęłam go w dwa wieczory. Punkt wyjścia Dehnela był moim
punktem dojścia. Już wyjaśniam. Powieść opowiada o męskiej
części rodziny Goya – Franciscu, jego synu - Javierze i wnuku -
Marianito. Jest rozpisana na głosy, wypowiedzi bohaterów
przeplatają się, a pomiędzy nimi pojawiają się rozważania na
temat czarnych obrazów Goi (?), 14 niesamowitych malowideł odkrytych na ścianach
tzw. Domu Głuchego, w którym malarz mieszkał pod koniec życia.
Mniej więcej dwa lata temu Muzeum
Prado oficjalnie ogłosiło, że słynny Kolos nie jest
dziełem Goi, a autorstwo czarnych obrazów stoi pod znakiem
zapytania.
Tajemnica autorstwa tych mrocznych
malowideł stanowi jeden z wątków powieści Dehnela – wskazuje on swoją
hipotezę i jest ona, moim zdaniem, przekonująca. Czemu nie? Nie
zdradzę, może ktoś sięgnie po Saturna.
Tak, czy inaczej, czarna seria z Domu
Głuchego to cykl niezwykle przejmujących dzieł. Najbardziej znany
jest właśnie Saturn pożerający swoje dzieci.
Straszny obraz, wieloznaczny. Saturn,
czyli grecki Kronos, tytan, który wykastrował swego ojca Uranosa,
pozbawił go władzy i pożarł swoje dzieci, w obawie, by ten sam
los nie spotkał jego. W pierwotnej wersji Saturn Goi (?) miał
potężną erekcję, obsceniczny element został jednak zamalowany
przez nadgorliwego konserwatora przy przenoszeniu obrazu ze ściany
na płótno. Saturn – Goya pożera swojego syna, niszczy go,
podobnie Javier, nie może znaleźć drogi do swego syna. Pepa –
żona Goi traci dzieci, które rodzą się martwe lub umierają
wkrótce po narodzinach albo roni kolejne ciąże – badacze
doliczyli się dwadzieściorga utraconych lub zmarłych dzieci.
Przyczyną była najprawdopodobniej ołowica, zwana saturnismo –
choroba, którą zesłał na swe
dzieci Francisco Goya. Pokrywał płótna bielą ołowiową,
następnie je szlifował, a biały pył unoszący się w całym domu
zatruwał jego rodzinę.
Saturn to także patron melancholików.
Czarne obrazy przepełnione są melancholią. Pies to jeden z tych, które są nie do pojęcia. Ostatni z Testamentu Goi, namalowany na piętrze Domu Głuchego. Minimalistyczny. Nie do zrozumienia, ale i nie do zapomnienia.
A teraz czytam biografię Francisca
Goi napisaną przez Roberta Hughesa, też napoczętą kiedyś i
odstawioną na półkę.
AJ









