Kolejne dzieci poszły w świat.
Właściwie rozpoczynają proces opuszczania gniazda. Stopniowo będą
frunąć trochę dalej, zdając kolejne egzaminy i mam nadzieję, że
żadne pisklę nie wróci w sierpniu. Trzy lata (niepełne) liceum to
z jednej strony mało, a z drugiej jak się okazuje wystarczająco,
by się zżyć, polubić, zaprzyjaźnić. Żegnając w piątek swoją
klasę myślałam oczywiście z rozrzewnieniem ile razem przeszliśmy,
ale przede wszystkim myślałam o tym, że współczuję tym młodym
ludziom. Gdybym była w ich wieku, chyba bym oszalała słysząc
codziennie, że nie ma pracy, że ta, która jest, nie będzie
pewna, będzie za to upokarzająco płatna, że bez znajomości nie
ma co myśleć o składaniu gdziekolwiek aplikacji. Z drugiej strony
świat stoi przed nimi otworem, nie muszą tu zostawać, mogą
wyjechać, popracować (jeśli gdzieś tam jest jakaś praca w dobie
szalejącego kryzysu), poznawać, studiować gdzie tylko chcą, potem
wrócić albo nie. Ciekawi mnie, co postanowią, jak poprowadzą
swoje życie, co wybiorą i jak im z tym wyborem będzie. Chciałabym,
aby się rozwijali, każde w wybranej dziedzinie i tak ogólnie. Mam
nadzieję, że nie spotka ich zbyt wiele złego, że nie skończą w
korporacji, która wyciśnie z nich siły, przeżuje, a potem wypluje
bez sentymentów, że będą robić coś, co będzie sprawiało im
przyjemność i dawało satysfakcję. Liczę, że moi, pogardzani na
rynku pracy i w ogólnopolskiej ciasnej mentalności, humaniści
znajdą jakieś nisze, w których będą mogli się realizować. A ja
przygarnę na trzy (niepełne) lata kolejne dzieci.
AJ
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz