niedziela, 27 maja 2012

Jedziemy na wycieczkę

Szkolne wycieczki to trwały element edukacyjny, ale też oddzielne zjawisko socjologiczne. Z założenia przynajmniej, organizatorzy (nauczyciele) chcą przede wszystkim zrealizować ów „element edukacyjny”, w praktyce z różnym skutkiem. Ale edukacja na wycieczkach ma wiele odmian. Najczęściej nauczycielskie i uczniowskie  wyobrażenia o nich  znacznie się różnią. Dla podopiecznych najważniejszym celem (chyba) jest pobyć razem, w innych niż szkolne relacjach, ułożyć się w odmiennych konfiguracjach towarzyskich, zobaczyć się w nieznanych dotąd sytuacjach. Czy ważny jest kierunek wyjazdu? Ilość atrakcji? Na pewno, ale nie są to priorytety. Na udaną wycieczkę składa się kilka rzeczy poza założonym programem, takich, które uczestnicy sami zaplanują (raczej poza wiedzą opiekuna) albo które pojawią się spontanicznie. Uważam wycieczki za doświadczenie niezbędne w szkolnym świecie. Doświadczenie to dotyka oczywiście obie strony – opiekujących i zaopiekowanych. Uczniowie poza szkolną ławką są kimś zupełnie innym, fajnie się im poprzyglądać, posłuchać, pogadać, jeżeli uznają człowieka za godnego rozmowy. Bo na wycieczce nie ma takiego przymusu. Oczywiście bywają też wycieczki doświadczeniem ekstremalnym (począwszy od zbierania chętnych), sprawdzającym refleks opiekuna lub jego reakcje na stres, na zmęczenie z powodu permanentnego braku snu, zakres tolerancji i nieprzekraczalne granice. Które bywają przekraczane, ale sposoby reakcji też odbiegają od tych typowo szkolnych. 
Paradoks wycieczkowy? Uczestnicy  narzekają na wszystko - trasę, autokar, muzykę w autokarze, temperaturę w autokarze i poza nim, jedzenie, pokoje, upierdliwość opiekunów itd. Ci zaś na niezdyscyplinowanie uczniów, ich marudzenie, rozłażenie się do rana po nie swoich pokojach, niestawianie się o wyznaczonej godzinie na zbiórkę itp. A i tak po przyjeździe (prawie)wszyscy są zadowoleni. Z różnych wprawdzie powodów, ale jednak.  DB



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz