Szkolne
wycieczki to trwały element edukacyjny, ale też oddzielne zjawisko
socjologiczne. Z założenia przynajmniej, organizatorzy (nauczyciele) chcą
przede wszystkim zrealizować ów „element edukacyjny”, w praktyce z różnym
skutkiem. Ale edukacja na wycieczkach ma wiele odmian. Najczęściej
nauczycielskie i uczniowskie wyobrażenia
o nich znacznie się różnią. Dla
podopiecznych najważniejszym celem (chyba) jest pobyć razem, w innych niż
szkolne relacjach, ułożyć się w odmiennych konfiguracjach towarzyskich, zobaczyć się w nieznanych dotąd sytuacjach.
Czy ważny jest kierunek wyjazdu? Ilość atrakcji? Na pewno, ale nie są to
priorytety. Na udaną wycieczkę składa się kilka rzeczy poza założonym programem,
takich, które uczestnicy sami zaplanują (raczej poza wiedzą opiekuna) albo
które pojawią się spontanicznie. Uważam wycieczki za doświadczenie niezbędne w szkolnym
świecie. Doświadczenie to dotyka oczywiście obie strony – opiekujących i
zaopiekowanych. Uczniowie poza szkolną ławką są kimś zupełnie innym, fajnie się
im poprzyglądać, posłuchać, pogadać, jeżeli uznają człowieka za godnego
rozmowy. Bo na wycieczce nie ma takiego przymusu. Oczywiście bywają też
wycieczki doświadczeniem ekstremalnym (począwszy od zbierania chętnych), sprawdzającym refleks opiekuna lub jego
reakcje na stres, na zmęczenie z powodu permanentnego braku snu, zakres
tolerancji i nieprzekraczalne granice. Które bywają przekraczane, ale sposoby
reakcji też odbiegają od tych typowo szkolnych.
Paradoks wycieczkowy? Uczestnicy narzekają na wszystko - trasę, autokar, muzykę w autokarze, temperaturę w autokarze i poza nim, jedzenie, pokoje, upierdliwość opiekunów itd. Ci zaś na niezdyscyplinowanie uczniów, ich marudzenie, rozłażenie się do rana po nie swoich pokojach, niestawianie się o wyznaczonej godzinie na zbiórkę itp. A i tak po przyjeździe (prawie)wszyscy są zadowoleni. Z różnych wprawdzie powodów, ale jednak. DB


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz