Pokazywanie postów oznaczonych etykietą melancholia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą melancholia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 maja 2012

Kolos, Saturn, Pies i inne


Przeczytałam właśnie książkę Jacka Dehnela pt.: Saturn. Było to drugie podejście, za pierwszym razem, spory kawałek czasu temu, wydała mi się niestrawna, zakładka pozostawiona na 34 stronie dobitnie o tym świadczyła. Co skłoniło mnie do powtórnego sięgnięcia po tę książkę? Rzadkie zjawisko PUSTEJ szafki nocnej. Pustej, co znaczy, że nie piętrzą się na niej książki do przeczytania. Straszna sytuacja. Aby jej zapobiec prędko rzuciłam okiem na półki, aby poszukać takich niedoczytanych, rozpoczętych, ewentualnie niepamiętanych.

Drugie podejście było trafione. Saturn trafił na swój czas w moim czytelniczym życiu – połknęłam go w dwa wieczory. Punkt wyjścia Dehnela był moim punktem dojścia. Już wyjaśniam. Powieść opowiada o męskiej części rodziny Goya – Franciscu, jego synu - Javierze i wnuku - Marianito. Jest rozpisana na głosy, wypowiedzi bohaterów przeplatają się, a pomiędzy nimi pojawiają się rozważania na temat czarnych obrazów Goi (?), 14 niesamowitych malowideł odkrytych na ścianach tzw. Domu Głuchego, w którym malarz mieszkał pod koniec życia.

Mniej więcej dwa lata temu Muzeum Prado oficjalnie ogłosiło, że słynny Kolos nie jest dziełem Goi, a autorstwo czarnych obrazów stoi pod znakiem zapytania. 



Tajemnica autorstwa tych mrocznych malowideł stanowi jeden z wątków powieści Dehnela – wskazuje on swoją hipotezę i jest ona, moim zdaniem, przekonująca. Czemu nie? Nie zdradzę, może ktoś sięgnie po Saturna.

Tak, czy inaczej, czarna seria z Domu Głuchego to cykl niezwykle przejmujących dzieł. Najbardziej znany jest właśnie Saturn pożerający swoje dzieci.

Straszny obraz, wieloznaczny. Saturn, czyli grecki Kronos, tytan, który wykastrował swego ojca Uranosa, pozbawił go władzy i pożarł swoje dzieci, w obawie, by ten sam los nie spotkał jego. W pierwotnej wersji Saturn Goi (?) miał potężną erekcję, obsceniczny element został jednak zamalowany przez nadgorliwego konserwatora przy przenoszeniu obrazu ze ściany na płótno. Saturn – Goya pożera swojego syna, niszczy go, podobnie Javier, nie może znaleźć drogi do swego syna. Pepa – żona Goi traci dzieci, które rodzą się martwe lub umierają wkrótce po narodzinach albo roni kolejne ciąże – badacze doliczyli się dwadzieściorga utraconych lub zmarłych dzieci. Przyczyną była najprawdopodobniej ołowica, zwana saturnismo – choroba, którą zesłał na swe dzieci Francisco Goya. Pokrywał płótna bielą ołowiową, następnie je szlifował, a biały pył unoszący się w całym domu zatruwał jego rodzinę. 

Saturn to także patron melancholików. Czarne obrazy przepełnione są melancholią.  Pies to jeden z tych, które są nie do pojęcia. Ostatni z Testamentu Goi, namalowany na piętrze Domu Głuchego. Minimalistyczny. Nie do zrozumienia, ale i nie do zapomnienia.



A teraz czytam biografię Francisca Goi napisaną przez Roberta Hughesa, też napoczętą kiedyś i odstawioną na półkę.

AJ

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Jaka piękna katastrofa


Na wiedzy o kulturze od paru tygodni rozmawiamy o filmie. Zajęcia z cyklu „mój ulubiony film” kończą się albo zaczynają nieodmiennie od pytania: „a jaki jest pani ulubiony film?”. I muszę coś wymyślać. Oglądam mnóstwo filmów – lubię, a poza tym bycie na bieżąco to taki obowiązek nauczycielski. Nie orientuję się, przyznaję, w najnowszych superprodukcjach typu Kac Vegas gdzieś tam i tym podobnych. Szmirę i kicz wyczuwam na odległość. Ale lubię się pomylić – dać się zmylić tytułowi (nie zawsze szczęśliwie przetłumaczonemu), plakatowi, odtwórcy głównej roli itd. Na pytanie, zadane w czasie lekcji, odpowiadam najczęściej wymijająco, bo nie ma jednego filmu, który ciągle byłby tym ulubionym. „Ulubienie” filmu zmienia się wraz z wiekiem, doświadczeniem, nastrojem, porą roku nawet. Jesienią lubię inne filmy niż wiosną. „Ulubienie” filmu zależy też od tego, z kim go oglądam.Poza tym jedne filmy lubię, a drugie cenię. Jest też kategoria filmów, które lubię pomimo czegoś, a nie za coś. Są też takie, które lubię za jedną scenę. Jest to więc kwestia bardzo skomplikowana. Są filmy, które zwalają z nóg natychmiast (jak Biutiful A. G. Iñárritu), człowiek czuje się po nich chory, zmieniony, rozbity albo szczęśliwy, a są takie, które powoli wsączają się w umysł, pojawiają się w głowie, na przykład, w czasie jazdy samochodem do Kauflandu, przypominają się podczas sprawdzania obecności na lekcji  albo przy zmywaniu naczyń. Znaczy to, że są w głowie cały czas. I nic nie da się z tym zrobić. To przypadek  Melancholii Larsa Von Triera.

Lars Von Trier to reżyser jedyny w swoim rodzaju – nie da się zapomnieć żadnego z jego filmów. Kontrowersyjny, uwielbiany lub nienawidzony, bezkompromisowy artysta totalny. Począwszy od hipnotyzującego Elementu zbrodni, przez pustoszące w środku Przełamując fale, szokujących Idiotów, i poruszające Tańcząc w ciemnościach nie pozwala nawet na chwilę odpocząć. Nie jest to łatwe kino, zwłaszcza od czasu Dogmy (czytaj manifest).

Łatwo za to się zniechęcić, jeśli jest się przyzwyczajonym do kina hollywoodzkiego. Melancholia najpierw mnie rozczarowała: pierwsze ujęcia wydały mi się pompatyczne tak, jak tego nie cierpię najbardziej (choć plastycznie piękne), przyczepiłam filmowi etykietkę pretensjonalnego, którą na szczęście szybko zdjęłam. Jest to studium melancholii – dziś zwanej depresją. Jest to też studium absurdalności naszego istnienia. Oglądamy bohaterkę – Justine - która nie może żyć. Poznajemy ją w chwili, gdy bierze ślub. Sama radość, prawda? Ale z każdą minutą wyraźniej dostrzegamy bezsens wszystkich ludzkich rytuałów trzymających nas przy ziemi i nadających życiu sens. Justine świat rzeczywisty nie pociąga, ludzie zdrowi, zaangażowani w organizację jej wesela wyraźnie ją drażnią. Ślub, awans w pracy nie mogą jej uratować przed świadomością bezsensu całej tej krzątaniny ludzkiej i ona o tym wie. Wie też o wielu innych rzeczach, bo smutek obdarowuje człowieka także bolesną mądrością. Uroczystość okazuje się katastrofą. A później nadchodzi prawdziwy koniec świata. W Ziemię uderza inna planeta – ogromna, błękitna Melancholia. Na ziemi następują gorączkowe próby ratowania się przed kataklizmem, ktoś wyjeżdża, racjonalny naukowiec, polegający na wyliczeniach – kapituluje – popełnia samobójstwo, matka patrzy z niepokojem i żalem na swoje dziecko – szuka ratunku, wpada w panikę. Ludzie próbują chwycić się jeszcze jednego rytuału: powitać koniec na tarasie, z lampką wina w ręce. Dla mnie postawa Justine jest jedyną do przyjęcia – jesteśmy sami we wszechświecie, a niebo jest puste. Trier nie ratuje świata, film kończy się w momencie uderzenia Melancholii w Ziemię. To bardzo piękna katastrofa.
Czy to mój ulubiony film? Wzbraniałabym się przed taką trywializacją. Nie mogę go po prostu  zapomnieć. 


 

AJ