Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 listopada 2016

Turcja - Polska, Polska - Turcja

Uczniowie uwielbiają oglądać filmy. W szkole. W czasie lekcji. Film POLECONY do obejrzenia w domu nie jest godzien uwagi. Przynajmniej dla większości. Korzystam więc z okazji oraz tzw. autorytetu i pierwszakom regularnie zadaję oglądanie filmów jako pracę domową. Myślę i mam nadzieję, że kiedyś będą wdzięczni, a może trzy lata "przymusowego" oglądania sprawią, że stanie się to częścią ich życia. I tak obejrzeliśmy już (ja też muszę sobie dawno oglądane przypomnieć do rozmowy) Labirynt Fauna G. del Toro, Troję W. Petersena i Pogorzelisko D. Villeneuve'a, a w ramach drugiego przedmiotu Draculę F.F. Coppoli. Dobrowolnie, na spotkaniu koła filmowego, w kameralnym mocno gronie obejrzeliśmy ostatnio debiut tureckiej reżyserki Deniz Gamze Erguven Mustang. Na długo przybił mnie do podłogi.

Pięć sióstr, na oko od 10 do 17-18 lat, wychowywanych jest na tureckiej prowincji przez babkę i wuja. Dziewczyny są z sobą  niemal zrośnięte, kamera pokazuje je zawsze razem, posplatane z sobą, wtulone jedna w drugą. Mają swój dziewczyński świat, są śliczne, wesołe, niewinne, pyskate i wolne. Do czasu aż ich wolność, niewinność i młodość nie zaczną kłuć w oczy starości, frustracji i dewocji. Pewnego dnia wygłupiają się z kolegami ze szkoły, siadają im na ramionach i walczą z sobą spychając się do wody, Wystarczy, żeby uznano je za skandalistki przynoszące hańbę rodzinie i zamknięto w domu. A potem po kolei wydaje się je za mąż. Zgodnie z tradycją małżeństwo aranżują opiekunowie. Ponieważ dziewczyny rwą się na wolność, dom powoli zamienia się w prawdziwe więzienie z kratami we wszystkich oknach i murem najeżonym kolcami. Dzień po dniu odbiera im się kawałeczek wolności, z każdym dniem bardziej się je pogrąża i upokarza. Zaświadczenie o dziewictwie, małżeństwo z nieznanym człowiekiem, prezentacja prześcieradła po nocy poślubnej, bura spódnica, równie bura bluzka i chustka na głowie jako obowiązujący strój. Gotowanie, zapiekanie, sprzątanie i szycie jako jedyne zajęcia. A siostry uwielbiają... piłkę nożną. No cóż, to nie dla nich. Dodajmy do tego wuja hipokrytę i zniewolone ciotki i babki godzące się na to, co jest uświęcone tradycją i zwyczajnie ją podtrzymujące. Katastrofa jest nieunikniona. Finału nie zdradzę.

Taki to film obejrzałyśmy w piątkowe popołudnie, w tle mając dyskusję o planach ograniczenia wolności kobiet w Polsce.

Źródło obrazka: http://www.vontrompka.com. Polecam.

AJ

wtorek, 13 marca 2012

Za krytykę do sądu, a za gwałt na widzach?

Dwa teksty zwróciły dziś moją uwagę w gazecie.pl i tyleż rozbawiły, co wywołały lekkie zażenowanie, jak zwykle, ludzką kondycją. Jakoś nie mam daru do wyszukiwania przykładów podnoszących na duchu! Zawsze wpadnie mi w oko argument przeciwko bliźniemu i jak tylko chcę sobie o nim dobrze pomyśleć to objawia mi się w swojej maleńkości. A przecież ja LUBIĘ ludzi. Tyle, że nie wszystkich. Np. nie takich, którzy są zazdrośni lub nietolerancyjni, lub zwyczajnie głupi (choć to jednostka chorobowa trudno sprawdzalna). No więc  rozbawił mnie pan Jacek Samojłowicz, producent „Kac Wawa”, który oburzył się na Tomasza Raczka, że ten skrytykował na swoim Facebooku  ww  „dzieło”  filmowe. Fakt, że Raczek nie zostawił na nim suchej nitki, krytyka była miażdżąca, jednak żenującym argumentem Samojłowicza jest przekonanie, że stracił na filmie, gdyż niska oglądalność spowodowana była właśnie tą recenzją. Nie tym, że wyprodukował gniota, ale że komuś się nie podobało. Ten ktoś to oczywiście nie byle kto – w końcu od kilkudziesięciu lat jego praca polega na oglądaniu, recenzowaniu, podpowiadaniu i odradzaniu na co należy  i na co  nie warto wybierać się do kina. Niezapomniany pozostał cykl  programów telewizornianych „Perły z lamusa” , w którym  Raczek prowadził spektakularne dyskusje  z Zygmuntem Kałużyńskim, prezentując kino na światowym poziomie. Uroczo się spierając, uczyli widzów elementarnej sztuki odbioru filmu.  Trudno więc komuś takiemu jak dziennikarz filmowy z ogromnym stażem odmówić prawa do wyrażenia zniesmaczenia: "To nie jest po prostu zły film. Ten film jest jak choroba, jak nowotwór złośliwy: zabija wiarę w kino i szacunek do aktorów". Oglądają polskie komedie ostatnich lat trudno jest też mieć złudzenia, że Raczek się myli w swych odczuciach. Śp. Kałużyński mawiał, że nawet kiepski film warto obejrzeć dla jednej sceny. Mission impossible w przypadku współczesnej polskiej komedii! Pomijając śmieszność zarzutów Samojłowicza (mówi o złamaniu etyki dziennikarskiej, a sam popełnia zbrodnię gwałtu na widzach), to przypomina on chłopczyka, który obraził się na dzieci na podwórku, bo nie podobała im się zabawa, którą zaproponował. 
To jest taki gatunek ludzi (często występujących w naturze), którzy dla własnych niezrealizowanych ambicji szukają usprawiedliwienia. 

A propos pana producenta można by podpisać ten obrazek: GDYBY  NIE RACZEK BYŁBYM BOGACZEM!

O drugim żenującym tekście może jednak jutro. DB