Uczniowie uwielbiają oglądać filmy. W szkole. W czasie lekcji. Film POLECONY do obejrzenia w domu nie jest godzien uwagi. Przynajmniej dla większości. Korzystam więc z okazji oraz tzw. autorytetu i pierwszakom regularnie zadaję oglądanie filmów jako pracę domową. Myślę i mam nadzieję, że kiedyś będą wdzięczni, a może trzy lata "przymusowego" oglądania sprawią, że stanie się to częścią ich życia. I tak obejrzeliśmy już (ja też muszę sobie dawno oglądane przypomnieć do rozmowy) Labirynt Fauna G. del Toro, Troję W. Petersena i Pogorzelisko D. Villeneuve'a, a w ramach drugiego przedmiotu Draculę F.F. Coppoli. Dobrowolnie, na spotkaniu koła filmowego, w kameralnym mocno gronie obejrzeliśmy ostatnio debiut tureckiej reżyserki Deniz Gamze Erguven Mustang. Na długo przybił mnie do podłogi.
Pięć sióstr, na oko od 10 do 17-18 lat, wychowywanych jest na tureckiej prowincji przez babkę i wuja. Dziewczyny są z sobą niemal zrośnięte, kamera pokazuje je zawsze razem, posplatane z sobą, wtulone jedna w drugą. Mają swój dziewczyński świat, są śliczne, wesołe, niewinne, pyskate i wolne. Do czasu aż ich wolność, niewinność i młodość nie zaczną kłuć w oczy starości, frustracji i dewocji. Pewnego dnia wygłupiają się z kolegami ze szkoły, siadają im na ramionach i walczą z sobą spychając się do wody, Wystarczy, żeby uznano je za skandalistki przynoszące hańbę rodzinie i zamknięto w domu. A potem po kolei wydaje się je za mąż. Zgodnie z tradycją małżeństwo aranżują opiekunowie. Ponieważ dziewczyny rwą się na wolność, dom powoli zamienia się w prawdziwe więzienie z kratami we wszystkich oknach i murem najeżonym kolcami. Dzień po dniu odbiera im się kawałeczek wolności, z każdym dniem bardziej się je pogrąża i upokarza. Zaświadczenie o dziewictwie, małżeństwo z nieznanym człowiekiem, prezentacja prześcieradła po nocy poślubnej, bura spódnica, równie bura bluzka i chustka na głowie jako obowiązujący strój. Gotowanie, zapiekanie, sprzątanie i szycie jako jedyne zajęcia. A siostry uwielbiają... piłkę nożną. No cóż, to nie dla nich. Dodajmy do tego wuja hipokrytę i zniewolone ciotki i babki godzące się na to, co jest uświęcone tradycją i zwyczajnie ją podtrzymujące. Katastrofa jest nieunikniona. Finału nie zdradzę.
Taki to film obejrzałyśmy w piątkowe popołudnie, w tle mając dyskusję o planach ograniczenia wolności kobiet w Polsce.
Źródło obrazka: http://www.vontrompka.com. Polecam.
AJ
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
piątek, 11 listopada 2016
środa, 1 lutego 2012
Optymizm - intelektualna pomyłka czy karykatura nadziei*
Od paru dni nie mogę napisać posta, bo postanowiłam, że na odmianę powinien być niekontrowersyjny i optymistyczny, z naciskiem na to ostatnie. No i właśnie tu zaczęły się schody. Tak jak nie umiemy mówić o sobie dobrze i miło, tak nie potrafimy patrzeć na świat w jaśniejszych barwach. Z natury większość z nas jest chyba pesymistami. Jakoś tak łatwiej się narzeka, krzywi, wyłuskuje z codzienności brzydactwa, pogardliwie wykrzywia usta. Z sarkazmem na twarzach wydajemy się sobie tak bardziej interesujący. Gorzej, jeśli ta Gombrowiczowska gęba przylgnie do nas na stałe i już nie możemy inaczej. Wtedy każda próba zwrócenia uwagi na coś miłego, pozytywnego wydaje się nam podejrzanie naiwna. Stajemy się niewolnikami własnego racjonalizmu. Jak dobrze byłoby przyjąć optykę Forresta , Amelii lub bohaterki "Happy -Go -Lucky". Ciekawe czy to się trzeba takim urodzić (akurat to pytanie nie dotyczy Forresta), upaść na głowę w dzieciństwie czy po prostu da się to wypracować. Poradniki wszelkiej maści obstawiają to ostatnie, ale wiadomo, że one nie są wiarygodne, bo chcą na nas zarobić (i to jest właśnie myślenie pesymisty). Gdybym znała odpowiedź na to filozoficzne pytanie - jak zrobić, żeby być optymistą - zostałabym drugim Coelho. Ale nie znam i nie dowierzam ani poradnikom, ani pisarczykom, którzy żyjąc w luksusowym świecie, podpisują lukratywne kontrakty na kolejne książki o buddyjskiej drodze poszukiwania siebie i wyrzekania się doczesnych dóbr, a wszystko to wynika rzekomo z głębokiego przekonania o dobru świata tego.Odmówiono mi łaski tegoż przekonania. Co jednak nie oznacza, że nie jestem optymistką. Czasami. Podłożem tegoż stanu b y w a zanikająca, ale jednak wciąż wiara w ludzi. Nie we wszystkich oczywiście i nie zawsze. Waży się we mnie niechęć z podziwem. Informacje, które serwują media napełniają odrazą do ludzkiego gatunku, ale z kolei pan, który wczoraj wysiadł z bmw na ruchliwej ulicy w Mieście, Którego Nazwy Nie Wypowiem, żeby pomóc zepchnąć obcej pani zepsuty samochód, uradował mą duszę i zafundował mi tym gestem miły poranek. Bo przecież nie musiał, mógł ją minąć, jak dziesiątki aut wcześniej.
Czyli, z powyższego wynika , że bycie optymistą to umiejętność wygrzebywania z codzienności takich właśnie zwyczajnych - niezwyczajnych zdarzeń i zachowań. Ładne i proste i już mogłabym to ogłosić światu jako złotą myśl Doroty B, ale powstrzymuje mnie odkrycie naukowców w tej materii, którzy sugerują, "że skłonność do optymizmu jest powodowana przez błędną ocenę dokonaną przez mózg w sytuacji, gdy docierają do niego pesymistyczne uaktualnienia danych.Wyniki badań zaprzeczają zatem obiegowej opinii, że ludzie
z pozytywnym nastawieniem mają łatwiej w życiu – ignorowanie zagrożeń
sprawia, że optymiści nie są na nie przygotowani"* No i już pojawia się zwątpienie, zwłaszcza że podobnie pisał francuski filozof R.Aron " Optymizm jest najczęściej wynikiem intelektualnej pomyłki". Czyli optymizm to samooszukiwanie się i urąganie swojemu intelektowi?
Mam dość - nie znajdę odpowiedzi i w związku z tym nie napiszę dziś nic optymistycznego.Ale, a propos bohaterów filmowych - otwieram listę optymistycznych filmów, które zawsze poprawiają humor:
- "Pod słońcem Toskanii"
- "Amelia"
- "Forrest Gump"
- "Once"
- "Masz wiadomość"
- "Czekolada"
- "Smażone zielone pomidory"
- "Sex w wielkim mieście"
- "Mamma Mia"
DB
*to autorstwa G. Cesbrona
*nie pamiętam źródła, gdzieś w necie:(
Subskrybuj:
Posty (Atom)

