czwartek, 29 grudnia 2011

O sensie na nowy rok



Z kosmicznego punktu widzenia nasze życiowe zmagania są nieistotne (patrz post Jaka piękna katastrofa) – z tym się chyba już w większości zgadzamy. Co innego ziemski punkt widzenia. Z ziemskiego punktu widzenia najistotniejsze na świecie jest to, żeby pójść w piątek na imprezę albo, żeby kupić sobie tę boską sukienkę w H&M. Dla niektórych jeszcze ważna jest czwóra z historii albo z matmy. Równie ważne jest pisanie bloga albo opowiadanie na lekcjach o tym jak Mickiewicz mityzuje historię w Panu Tadeuszu. Dzisiejszy sens życia jest jednostkowy, indywidualny. Na zachodzie szaleje kryzys, świat pogrąża się w chaosie, wiek XXI miał być wiekiem religii, a nie jest, młodzi ludzie są cyniczni cynizmem czterdziestolatków... Jak żyć, panie premierze?! Wzywamy, nawołujemy, apelujemy: w nowym roku wysilmy się, by znaleźć sens w codziennej krzątaninie. Chodzi o to, by odróżnić poniedziałek od wtorku, ba! chodzi o to, by zauważyć wtorek i środę w gonitwie za piątkiem i weekendem. Można spróbować buddyjskiej uważności, chrześcijańskiego pochylenia się nad drugim – od tego pierwszego bardzo blisko do drugiego, zresztą. Można, a nawet należy, poświęcić się swojej pasji – obojętnie czy jest nią gotowanie czy szycie, czy fotografowanie, czy rysowanie, czy granie na czymkolwiek, czy śpiewanie albo wchodzenie na drzewa i fotografowanie się na nich, co z powodzeniem czyni pewna młoda artystka z Krakowa i mnóstwo jej naśladowców na całym świecie...  Przypomina mi się bohaterka komedii Jestem na tak, która z niebywałym zaangażowaniem śpiewała w zespole, mającym chyba z siedmiu słuchaczy i z równie wielkim przejęciem prowadziła zajęcia  grupy biegaczy fotografujących albo fotografów biegających - działalność absurdalna, ale najważniejsze chyba, aby wszystko, co się robi, robić z pełnym zaangażowaniem, nawet jeśli jest to tylko mopowanie podłogi... Chodzi mi ten buddyzm po głowie i nic nie mogę na to poradzić. Pewnie, gdybym była człowiekiem religijnym, byłabym buddystką. Jako człowiek duchowy, szukam sensu w porannym piciu kawy i słuchaniu radia. Potem staram się go znaleźć w przekonywaniu pewnej znudzonej klasy, że „poezja to tworzenie pięknych zdań, poezja to tworzenie pięknych zdań, poezja to tworzenie pięknych zdań” (za Tadeuszem Peiperem) albo, że opis parzenia kawy w Panu Tadeuszu to jeden z najpiękniejszych fragmentów w literaturze w ogóle, albo w rozważaniach na temat wariantów zakończenia Przedwiośnia przez Żeromskiego i Bajona w mojej klasie osobistej, z którą to nota bene UWIELBIAM rozmawiać o literaturze i wszystkich innych sprawach też. Jest to zresztą temat na oddzielny post. Wracając do czynności, których celem jest odnalezienie przyjemności z tu i teraz, to podobno wystarczy wykonywać je przez 30 dni, aby stały się nawykiem i pozwoliły sens odnaleźć i poczuć się spełnionym.  Czego wszystkim życzę na nowy rok. Obojętnie jak absurdalne wydaje się to z kosmicznego punktu widzenia.

AJ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz