Z kosmicznego punktu
widzenia nasze życiowe zmagania są nieistotne (patrz post Jaka
piękna katastrofa) – z tym się chyba już w większości
zgadzamy. Co innego ziemski punkt widzenia. Z ziemskiego punktu
widzenia najistotniejsze na świecie jest to, żeby pójść w piątek
na imprezę albo, żeby kupić sobie tę boską sukienkę w H&M.
Dla niektórych jeszcze ważna jest czwóra z historii albo z matmy.
Równie ważne jest pisanie bloga albo opowiadanie na lekcjach o tym
jak Mickiewicz mityzuje historię w Panu Tadeuszu. Dzisiejszy
sens życia jest jednostkowy, indywidualny. Na zachodzie szaleje
kryzys, świat pogrąża się w chaosie, wiek XXI miał być wiekiem
religii, a nie jest, młodzi ludzie są cyniczni cynizmem
czterdziestolatków... Jak żyć, panie premierze?! Wzywamy,
nawołujemy, apelujemy: w nowym roku wysilmy się, by znaleźć sens
w codziennej krzątaninie. Chodzi o to, by odróżnić poniedziałek
od wtorku, ba! chodzi o to, by zauważyć wtorek i środę w gonitwie
za piątkiem i weekendem. Można spróbować buddyjskiej uważności,
chrześcijańskiego pochylenia się nad drugim – od tego pierwszego
bardzo blisko do drugiego, zresztą. Można, a nawet należy,
poświęcić się swojej pasji – obojętnie czy jest nią gotowanie
czy szycie, czy fotografowanie, czy rysowanie, czy granie na
czymkolwiek, czy śpiewanie albo wchodzenie na drzewa i
fotografowanie się na nich, co z powodzeniem czyni pewna
młoda artystka z Krakowa i mnóstwo jej naśladowców na całym
świecie... Przypomina mi się bohaterka komedii Jestem na tak, która z niebywałym zaangażowaniem śpiewała w zespole, mającym chyba z siedmiu słuchaczy i z równie wielkim przejęciem prowadziła zajęcia grupy biegaczy fotografujących albo fotografów biegających - działalność absurdalna, ale najważniejsze chyba, aby wszystko, co się robi, robić
z pełnym zaangażowaniem, nawet jeśli jest to tylko mopowanie podłogi...
Chodzi mi ten buddyzm po głowie i nic nie mogę na to poradzić.
Pewnie, gdybym była człowiekiem religijnym, byłabym
buddystką. Jako człowiek duchowy, szukam sensu w porannym
piciu kawy i słuchaniu radia. Potem staram się go znaleźć w przekonywaniu pewnej
znudzonej klasy, że „poezja to tworzenie pięknych zdań, poezja
to tworzenie pięknych zdań, poezja to tworzenie pięknych zdań”
(za Tadeuszem Peiperem) albo, że opis parzenia kawy w Panu
Tadeuszu to jeden z najpiękniejszych fragmentów w literaturze w
ogóle, albo w rozważaniach na temat wariantów zakończenia
Przedwiośnia przez Żeromskiego i Bajona w mojej klasie
osobistej, z którą to nota bene UWIELBIAM rozmawiać o literaturze
i wszystkich innych sprawach też. Jest to zresztą temat na
oddzielny post. Wracając do czynności, których celem jest
odnalezienie przyjemności z tu i teraz, to
podobno wystarczy wykonywać je przez 30 dni, aby stały się nawykiem i pozwoliły sens odnaleźć i
poczuć się spełnionym. Czego wszystkim życzę na nowy rok. Obojętnie jak absurdalne wydaje się to z kosmicznego punktu widzenia.
AJ
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz