Na wiedzy o kulturze od paru tygodni
rozmawiamy o filmie. Zajęcia z cyklu „mój ulubiony film” kończą
się albo zaczynają nieodmiennie od pytania: „a jaki jest pani
ulubiony film?”. I muszę coś wymyślać. Oglądam mnóstwo filmów
– lubię, a poza tym bycie na bieżąco to taki obowiązek
nauczycielski. Nie orientuję się, przyznaję, w najnowszych
superprodukcjach typu Kac Vegas gdzieś tam i tym podobnych.
Szmirę i kicz wyczuwam na odległość. Ale lubię się pomylić –
dać się zmylić tytułowi (nie zawsze szczęśliwie
przetłumaczonemu), plakatowi, odtwórcy głównej roli itd. Na
pytanie, zadane w czasie lekcji, odpowiadam najczęściej wymijająco,
bo nie ma jednego filmu, który ciągle byłby tym ulubionym.
„Ulubienie” filmu zmienia się wraz z wiekiem, doświadczeniem,
nastrojem, porą roku nawet. Jesienią lubię inne filmy niż wiosną.
„Ulubienie” filmu zależy też od tego, z kim go oglądam.Poza
tym jedne filmy lubię, a drugie cenię. Jest też kategoria filmów,
które lubię pomimo czegoś, a nie za coś. Są też takie, które lubię
za jedną scenę. Jest to więc kwestia bardzo skomplikowana. Są filmy, które zwalają z nóg natychmiast (jak Biutiful
A. G. Iñárritu),
człowiek czuje się po nich chory, zmieniony, rozbity albo
szczęśliwy, a są takie, które powoli wsączają się w umysł,
pojawiają się w głowie, na przykład, w czasie jazdy samochodem do
Kauflandu, przypominają się podczas sprawdzania obecności na lekcji albo przy zmywaniu naczyń. Znaczy to, że są w głowie cały czas. I
nic nie da się z tym zrobić. To przypadek Melancholii Larsa Von
Triera.
Lars Von Trier to reżyser jedyny w
swoim rodzaju – nie da się zapomnieć żadnego z jego filmów.
Kontrowersyjny, uwielbiany lub nienawidzony, bezkompromisowy artysta
totalny. Począwszy od hipnotyzującego Elementu zbrodni,
przez pustoszące w środku Przełamując fale, szokujących
Idiotów, i poruszające Tańcząc w ciemnościach nie
pozwala nawet na chwilę odpocząć. Nie jest to łatwe kino,
zwłaszcza od czasu Dogmy (czytaj
manifest).
Łatwo za to się zniechęcić, jeśli jest
się przyzwyczajonym do kina hollywoodzkiego. Melancholia
najpierw mnie rozczarowała: pierwsze ujęcia wydały mi się
pompatyczne tak, jak tego nie cierpię najbardziej (choć plastycznie
piękne), przyczepiłam filmowi etykietkę pretensjonalnego, którą
na szczęście szybko zdjęłam. Jest to studium melancholii – dziś
zwanej depresją. Jest to też studium absurdalności naszego
istnienia. Oglądamy bohaterkę – Justine - która nie może żyć.
Poznajemy ją w chwili, gdy bierze ślub. Sama radość, prawda? Ale
z każdą minutą wyraźniej dostrzegamy bezsens wszystkich ludzkich
rytuałów trzymających nas przy ziemi i nadających życiu sens.
Justine świat rzeczywisty nie pociąga, ludzie zdrowi, zaangażowani
w organizację jej wesela wyraźnie ją drażnią. Ślub, awans w
pracy nie mogą jej uratować przed świadomością bezsensu
całej tej krzątaniny ludzkiej i
ona o tym wie. Wie
też o wielu innych rzeczach, bo
smutek obdarowuje człowieka
także bolesną mądrością. Uroczystość okazuje się
katastrofą. A później nadchodzi prawdziwy koniec świata. W Ziemię
uderza inna planeta – ogromna, błękitna Melancholia. Na ziemi
następują gorączkowe próby ratowania się przed kataklizmem,
ktoś wyjeżdża, racjonalny naukowiec, polegający na wyliczeniach –
kapituluje – popełnia samobójstwo, matka patrzy z niepokojem i
żalem na swoje dziecko – szuka ratunku, wpada w panikę. Ludzie
próbują chwycić się jeszcze jednego rytuału: powitać koniec na
tarasie, z lampką wina w ręce. Dla mnie postawa Justine jest jedyną
do przyjęcia – jesteśmy sami we wszechświecie, a niebo jest
puste. Trier nie ratuje świata,
film kończy się w momencie uderzenia Melancholii w Ziemię. To
bardzo piękna katastrofa.
Czy
to mój ulubiony film? Wzbraniałabym się przed taką trywializacją.
Nie mogę go po prostu zapomnieć.
AJ

Czym bylibyśmy bez naszych rytuałów? Tych małych i tych dużych. Jak wyglądałby świat? czy chcielibyśmy w nim żyć? Skoro coś co nadaje radość naszemu życiu jest bezsensowne to co ma sens?...
OdpowiedzUsuńMi się tak stworzony świat nie podoba
To MY nadajemy sens tym rytuałom, a tym samym życiu, ale kiedy spojrzysz na to z kosmosu, to jest to zabawne i nic nie znaczy. Wyobraź sobie żuka w lesie, który mówi Ci o tym, jak istotne jest lepienie kulki z błota. To to samo. AJ
OdpowiedzUsuńJa bym mu odpowiedział "skoro to dla Ciebie takie ważne to to rób"... Może jestem jakiś dziwny. Może za mało przeżyłem. Może jestem zbyt małostkowy, ale po co mi kosmos skoro mój rytuał nie byłby ważny? Wolę robić coś cennego dla mnie a bezsensownego dla wszechświata niż na odwrót.
OdpowiedzUsuńNo cóż. Może kiedyś mój "brodzik intelektualny" się poszerzy i przestanę tak strasznie myśleć o ludziach w moim otoczeniu a zacznę myśleć globalnie...
Nigdy nie myślałem jak coś może wyglądać "z kosmosu" zawsze miałem swój świat i swoje kredki
no i skoro "jesteśmy sami we wszechświecie, a niebo jest puste" to po co przejmować się kosmosem?
OdpowiedzUsuńPatrzenie z kosmosu to taka metafora. Nie chodzi o robienie czegoś DLA wszechświata. Po prostu w ogólnym rozrachunku ludzkie starania są mało istotne. Są one istotne dla konkretnego człowieka, z jego punktu widzenia są znaczące, ale tak w ogóle? Wyobraź sobie, że za chwilę świat się skończy, jakie znaczenie ma Twój rytuał? Albo mój? Nie chodzi o to, by teraz uznać, że nie należy nic robić - sprawa jest trochę bardziej złożona.
OdpowiedzUsuńPuste niebo oznacza brak Boga. AJ
No dobrze, ale skoro tak to co MA SENS?
OdpowiedzUsuńTylko to, czemu go nadasz. Z punktu widzenia kosmosu (metafora) będzie to pozbawione znaczenia, ale dla Ciebie, jak dla żuczka kulka z błota, sens się pojawi. Innego sensu nie ma. Chyba:)
OdpowiedzUsuńAJ
OdpowiedzUsuń