poniedziałek, 26 grudnia 2016

Leniwie, powolnie, miło, czyli światecznie


http://remekdabrowski.pl/

Jezus znów narodzony, karp (u mnie akurat nie-)zjedzony, familia odwiedzona, czyli tradycji zadość się stało. Czas się na chwilę zatrzymał, odmienił, odcodziennił, zapachniał cynamonem i pozwolił na powolne, leniwe bycie razem, gadanie, podjadanie, czytanie, luz. Każdy robi co chce, lodówka kusi, czerwone wytrawne jeszcze bardziej,  a książka spod choinki obiecuje dopełnienie tej rozpusty. Nie ma przymusu, pośpiechu, upominania, jest MIŁO. Stan niedostępny  poza świętami i urlopem. I jeszcze te dobre słowa od osób zaledwie znajomych, dobrze znajomych, blisko znajomych. W tych dniach brzmią szczerze, nawet jeśli  to gotowiec-rymowanka.  Jakoś nabierają mocy, może wynikającej z naszego pragnienia, aby się spełniły. Jutro znów będzie jak zawsze, ale dziś jeszcze…kolęda dla tęczowego Boga.

sobota, 17 grudnia 2016

Wychodząc z oniemienia

Nie wiem, ile wyduszę z siebie, ale spróbuję. Omawiam właśnie Ferdydurke i zastanawiam się, czy ostatni raz? Niezmiennie rechoczę słuchając interpretacji Stuhra młodszego (tfu!) czytającego fragment o lekcji języka polskiego, uczniowie rechoczą ze mną (mniejszość) albo się dziwią (większość) i  raczej takiego przekazu nie łapią. No cóż, przyjmuję wtedy formę belfra, który wytłumaczy i pomoże zrozumieć.

Rewelacje p. Dudziak przyjmuję poważnie pamiętając, że  wszystkich dyktatorów XX wieku i ich gorliwych pomagierów początkowo  wyśmiewano i nie brano serio ich pomysłów. Rozglądam się, myślę, co mogłabym jeszcze robić, co jeszcze umiem; gdyby ktoś chciał mnie zatrudnić, poproszę o oferty. Tymczasem wracam uprawiać obrzydzenie do świata. AJ

wtorek, 13 grudnia 2016

Pożądam stanu bez-tęsnoty

Co dzień obiecuję sobie, że nie będę przez cały tydzień żyć myślą o weekendzie. 
Więc choć jest sennie i smutno, i kolejny dzień się z szarości nie wykluje, to próbuję nie tęsknić.
Są przecież  gdzieś obok fajni ludzie, wprawdzie w tłumie tych niefajnych, ale upieram się, że są.
I może dziś właśnie będzie tak, jak być powinno. DB 

wtorek, 6 grudnia 2016

Deja vu



 

źródło: jagiellonski24.pl/2013/11/22/flis-mentalne-nieszczescie-prawicy/

Wojna polsko-polska trwa. Eskaluje w postaci ustawy o zgromadzeniach, zatrzymaniach dawnych działaczy opozycji, wymazaniu z nowej podstawy programowej bohaterów najnowszej historii, w ogóle pisania tejże na nowo z bliźniętami w roli głównej, powoływania (i już odwołania) na stanowisko wiceministra MSZ,  odpowiedzialnego za politykę amerykańską i azjatycką, człowieka o amerykańskim właśnie obywatelstwie, którego nazwisko przywołuje skojarzenie z bohaterem literackim o 50 twarzach. Lub dla bardziej oblatanych filmowo z „Konsulem” w reż. Mirosława Borka, z genialną rolą Piotra Fronczewskiego. Polecam, zwłaszcza że kryminalna fabuła oparta jest na faktach i też dzieje się w rodzimych klimatach.
W ogóle odczuwam nieustanne deja vu podglądając tę naszą kuriozalną przestrzeń polityczną, utkaną trochę ze stalinizmu, niemało z socrealizmu, dużo ze stanu wojennego, a najwięcej z Franza Kafki. Nad szkolną rzeczywistością też już zawisł cień tej polityki w postaci nowej podstawy programowej o bogoojczyźnianym nachyleniu od historii począwszy, przez język narodowy, biologię, wychowanie do życia w rodzinie na, nieodzownej w państwie świeckim,  religii skończywszy. Jeżeli ktoś ma wątpliwości co można zaproponować rewolucyjnego na lekcjach biologii to niech wygugla sobie „naukowe” objawienia prof. Urszuli Dudziak, ekspertki MEN od edukacji seksualnej. Oprócz  jej obsesji na punkcie antykoncepcji i przyjemności płynącej z seksu, proponuje, by rodzice zwracali baczniejszą  uwagę na światopogląd, stan cywilny i pochodzenie nauczycieli, bo „rozwiedziony, albo żyjący w konkubinacie nauczyciel może negatywnie wpływać na postawy uczniów”. No to, droga AJ! –  z naszymi poglądami i Twoim stanem cywilnym – zacznijmy szukać pracy! Zważywszy, że nie bardzo widzę nas w roli edukatorek  neosocrealistycznej  twórczości Jarosława Marka Rymkiewicza, autora ody „Do Jarosława Kaczyńskiego” i wiersza pod wstrząsającym tytułem: „Krew na białych rękawiczkach Tuska”. Oczywiście będąc sprawiedliwą humanistką pamiętam o większości przyzwoitego dorobku tegoż poety i wiem, że nie on jeden ulegał zaczadzeniu politycznemu, ale nie zmienia to faktu, że mam skłonność do alergicznej wysypki w kontakcie z narodowym patosem. A na Gombrowicza jako odtrutkę w tej nowej szkole bym nie liczyła. Tego pana będziemy wykładać na tajnych kompletach.DB

niedziela, 27 listopada 2016

Słowo na niedzielę

Po serii wiadomości ze świata i bliższych okolic, nie jestem nawet w stanie przemówić własnymi słowami, niemieję.


Nie ma już żadnego miejsca,
w którym można by profesjonalnie uprawiać obrzydzenie do tego świata.

Emile Cioran

AJ

piątek, 25 listopada 2016

Próbne matury, czyli Operon kasuje, a wyrobnik pracuje (za darmo)

Matury próbne trwają w najlepsze. Jak co roku z inicjatywy wydawnictwa Operon, bo inicjatywy Centralnej Komisji Egzaminacyjnej doczekać  się szkołom nie udało. CKE, w przeciwieństwie do szkolnych wyrobników, nic nie robi za darmo. Operon też nigdy bezinteresowny nie był (duet z Gazetą Wyborczą zapewniał mu darmową reklamę), ale dziś interesowny jest podwójnie, bo za arkusze przyszło maturzystom zapłacić. I zapłacili, bo rodzice słusznie już wpoili złotą myśl, że na edukacji oszczędzać nie wolno! Prywatne wydawnictwo zarobi, uczeń będzie miał poczucie, że spełnił wobec siebie edukacyjny obowiązek, a nauczyciel – wyrobnik za darmochę kilkadziesiąt dodatkowych prac sprawdzi. Dodatkowych, bo swoje we wrześniu już zaplanowane: przygotował, skserował, przeprowadził, sprawdził, ocenił i omówił.
Więc teraz szukam w sobie jakiejś wątłej choćby motywacji, żeby zmarnować  prywatny łikendowy czas na czytanie truizmów o wpływie książki na życie najsławniejszego w Polsce dorobkiewicza Stanisława Wokulskiego. A moi podopieczni utwierdzą się tylko w przekonaniu, że to czysta fikcja literacka, bo w realu kupcy są od robienia pieniędzy, a nad książkami bezinteresownie siedzą ci, co pieniędzy nie umieją zarobić. Wyrobnicy. DB 

Ps. Zawsze warto w takich chwilach zacytować kolegę polonistę-klasyka :  https://www.youtube.com/watch?v=nkjCFuvtH2s

piątek, 18 listopada 2016

Ustawiam się do pionu

To na co głosujemy w tym tygodniu? Spośród Barejowskich gagów mamy do wyboru: ekshumację pary prezydenckiej i błyskawicznie przeprowadzone badania, które wykazały, że…. przyczyną śmierci były wielonarządowe obrażenia, wskazujące na katastrofę samolotową (łał, kto by pomyślał!), intronizację Chrystusa Pana na króla środkowoeuropejskiego kraju w XXI wieku, propozycja deportacji dla tych, którym pomysł by się nie spodobał, bo są np. podejrzanymi moralnie ateistami i nie zechcą podpisać katolickiej lojalki, czy może obchody  nieokrąglutkiej 14 rocznicy zaprzysiężenia śp. prof. L. Kaczyńskiego na Prezydenta Warszawy? Wszystkie te kurioza legitymują najwyższe władze państwowe (z wyjątkiem pomysłu o deportacjach, bo jest autorstwa „tylko” posłanki) z panem prezydentem, panem naczelnikiem państwa, panią premier, panem biskupem i wieloma panami ministrami i innymi Bardzo Ważnymi Panami. A nad nimi KRÓL! I tak oto obudzimy się jutro w monarchii.
Właściwie to nawet nie podniosło mi się ciśnienie,  jest bowiem „taka cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna”. Gdzieś już na blogu ten cytat z Miłosza się poniewierał, ale noblistę zawsze warto przywołać, zwłaszcza że też, wg norm katolickiego narodu, nadawałby się dziś do deportacji. Granica moich możliwości ścierpienia została już przekroczona i teraz mam zamiar przybrać małpi uśmiech i tylko trwać. I chyba nie będzie to takie trudne, bo wystarczy przystawić do ww. kuriozów odpowiednią miarę rzeczy, jak choćby prawdziwe cierpienie i prawdziwą granicę, poza którą nas już nie będzie. Dziś odwiedziłam w szpitalu moją dawno niewidzianą koleżankę. I ona jest bardzo chora, i bardzo dzielnie walczy już od dwóch lat, i raz wygrywa, a czasami, jak teraz, musi być cierpliwsza.  I próbując  dziś „zagadać” przestrzeń szpitalnej sali opowiadałam jej o pani posłance i deportacjach i absurdach, a moja chora koleżanka grzecznie wysłuchała, nawet się uśmiechnęła, ale nie mogło jej to dotknąć. Kosmos jej problemów jest realny i tak ogromny, że obsadzenie na tronie,  świeckiego rzekomo państwa, Pana Naszego Jedynego już się w nim nie mieści. Więc ustawiam na nowo do pionu swoją hierarchię wartości i wracam do lektury Justyny Dąbrowskiej  „Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami”, aby  dopuścić do siebie mądrych, zdystansowanych, tolerancyjnych i niezakompleksionych ludzi (w znacznej większości niewierzących). 
I  nadal mocno trzymam kciuki za Ciebie, moja dzielna chora koleżanko. DB