piątek, 18 listopada 2016

Ustawiam się do pionu

To na co głosujemy w tym tygodniu? Spośród Barejowskich gagów mamy do wyboru: ekshumację pary prezydenckiej i błyskawicznie przeprowadzone badania, które wykazały, że…. przyczyną śmierci były wielonarządowe obrażenia, wskazujące na katastrofę samolotową (łał, kto by pomyślał!), intronizację Chrystusa Pana na króla środkowoeuropejskiego kraju w XXI wieku, propozycja deportacji dla tych, którym pomysł by się nie spodobał, bo są np. podejrzanymi moralnie ateistami i nie zechcą podpisać katolickiej lojalki, czy może obchody  nieokrąglutkiej 14 rocznicy zaprzysiężenia śp. prof. L. Kaczyńskiego na Prezydenta Warszawy? Wszystkie te kurioza legitymują najwyższe władze państwowe (z wyjątkiem pomysłu o deportacjach, bo jest autorstwa „tylko” posłanki) z panem prezydentem, panem naczelnikiem państwa, panią premier, panem biskupem i wieloma panami ministrami i innymi Bardzo Ważnymi Panami. A nad nimi KRÓL! I tak oto obudzimy się jutro w monarchii.
Właściwie to nawet nie podniosło mi się ciśnienie,  jest bowiem „taka cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna”. Gdzieś już na blogu ten cytat z Miłosza się poniewierał, ale noblistę zawsze warto przywołać, zwłaszcza że też, wg norm katolickiego narodu, nadawałby się dziś do deportacji. Granica moich możliwości ścierpienia została już przekroczona i teraz mam zamiar przybrać małpi uśmiech i tylko trwać. I chyba nie będzie to takie trudne, bo wystarczy przystawić do ww. kuriozów odpowiednią miarę rzeczy, jak choćby prawdziwe cierpienie i prawdziwą granicę, poza którą nas już nie będzie. Dziś odwiedziłam w szpitalu moją dawno niewidzianą koleżankę. I ona jest bardzo chora, i bardzo dzielnie walczy już od dwóch lat, i raz wygrywa, a czasami, jak teraz, musi być cierpliwsza.  I próbując  dziś „zagadać” przestrzeń szpitalnej sali opowiadałam jej o pani posłance i deportacjach i absurdach, a moja chora koleżanka grzecznie wysłuchała, nawet się uśmiechnęła, ale nie mogło jej to dotknąć. Kosmos jej problemów jest realny i tak ogromny, że obsadzenie na tronie,  świeckiego rzekomo państwa, Pana Naszego Jedynego już się w nim nie mieści. Więc ustawiam na nowo do pionu swoją hierarchię wartości i wracam do lektury Justyny Dąbrowskiej  „Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami”, aby  dopuścić do siebie mądrych, zdystansowanych, tolerancyjnych i niezakompleksionych ludzi (w znacznej większości niewierzących). 
I  nadal mocno trzymam kciuki za Ciebie, moja dzielna chora koleżanko. DB
               

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz