Właściwie to nawet nie podniosło mi się ciśnienie, jest bowiem „taka cierpienia granica, za którą
się uśmiech pogodny zaczyna”. Gdzieś już na blogu ten cytat z Miłosza się
poniewierał, ale noblistę zawsze warto przywołać, zwłaszcza że też, wg norm
katolickiego narodu, nadawałby się dziś do deportacji. Granica moich możliwości
ścierpienia została już przekroczona i teraz mam zamiar przybrać małpi uśmiech
i tylko trwać. I chyba nie będzie to takie trudne, bo wystarczy przystawić do
ww. kuriozów odpowiednią miarę rzeczy, jak choćby prawdziwe cierpienie i
prawdziwą granicę, poza którą nas już nie będzie. Dziś odwiedziłam w szpitalu
moją dawno niewidzianą koleżankę. I ona jest bardzo chora, i bardzo dzielnie
walczy już od dwóch lat, i raz wygrywa, a czasami, jak teraz, musi być
cierpliwsza. I próbując dziś „zagadać” przestrzeń szpitalnej sali opowiadałam
jej o pani posłance i deportacjach i absurdach, a moja chora koleżanka grzecznie wysłuchała, nawet się
uśmiechnęła, ale nie mogło jej to dotknąć. Kosmos jej problemów jest realny i
tak ogromny, że obsadzenie na tronie, świeckiego rzekomo państwa, Pana
Naszego Jedynego już się w nim nie mieści. Więc ustawiam na nowo do pionu swoją
hierarchię wartości i wracam do lektury Justyny Dąbrowskiej „Nie ma się czego bać. Rozmowy z mistrzami”,
aby dopuścić do siebie mądrych,
zdystansowanych, tolerancyjnych i niezakompleksionych ludzi (w znacznej
większości niewierzących).
I nadal mocno trzymam kciuki za Ciebie, moja dzielna
chora koleżanko. DB
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz