wtorek, 21 lutego 2012

Co z tą polskością?

Temat jest trochę nieświeży, bo zeszłotygodniowy, ale uwiera mnie, a poza tym jest dobrym powodem, aby nieco pokontrowersić.  A zaczął Palikot, którego wypowiedzianą frazę „Polacy muszą się wyrzec swojej polskości” skomentowano już wszędzie. Mniejsza o samego autora (chociaż trudno byłoby znaleźć kogoś równie nieostrożnego), moją uwagę skupiły komentarze internautów, w 90% bluzgi bez konkretnej treści oraz wypowiedzi publicystów wszelkiej maści, którzy w zależności od charakteru gazety, dla której pisali wyrażali albo oburzenie, albo  zdziwienie, a w najlepszym razie poczucie ironicznej wyższości. Bez względu na osobę i charakter jej wypowiedzi zawsze niepokoi mnie fakt, że wszyscy są tak jednomyślni w ocenie. To niebezpieczne zjawisko. Są sytuacje ekstremalne, które zgodnie z podstawowymi zasadami etyki wymagają tak jednomyślnego potępienia, acz wydaje się, że powyższa do nich nie należy. Co właściwie tak wszystkich wzburzyło? Zwłaszcza że nic więcej z całej wypowiedzi Palikota (wygłoszonej na ubiegłotygodniowym konwersatorium Dialog i Przyszłość, na które byli zaproszeni przez Kwaśniewskiego politycy, ekonomiści i biznesmeni kojarzeni z lewicą, choć nie tylko, również dziennikarze) nikt nie przekazał. Również sam autor na blogu nie wraca do tematu. Czyli jak zwykle – nikt nic nie wie, ale powód do afery dobry. Szczególnie, że słowo „polskość” bez względu na kontekst wywołuje w tym społeczeństwie stan podgorączkowy. A dołożone do niego „wyrzec się” pachnie skandalem i krucjatą. Nie ma znaczenia czy polskość rozumie się jako kulturę, wierzbę płaczącą, historię, chleb ze smalcem, czy "nie rzucim ziemi skąd nasz ród" – zawsze ta sama histeria. Walczyli z nią, niestety bezskutecznie, Juliusz Słowacki i Witold Gombrowicz, dla których patriotyzm zaczynał się tam, gdzie dla większości Polaków się kończy. Próbowali zweryfikować, odnowić pojęcie ojczyzny, odłupać z niego nawarstwienia kompleksów, dziedziczonych wad narodowych, prowincjonalności. Bezskutecznie. Gdyby bowiem odnieśli choć śladowy sukces, nie znalibyśmy dziś scen rodem z Krakowskiego Przedmieścia. Gombrowicz walczył z prymitywnie pojętą polskością, polegającą na przytulaniu się do pustych symboli, mierzeniu swojej współczesnej wartości  sukcesami spod Grunwaldu czy Sienkiewiczem odbierającym Nobla, lub też obroną katolickich wartości, które nigdy nie przeszkadzały uprawiać hipokryzji, kłamstwa i podnosić ręki na  bliźniego – Polaka o nieco innych poglądach.  Chciał widzieć Polaka bez manii „przechwalania się Polską, robienia Polsce propagandy, puszenia się polską literaturą lub geniuszami, których wydaliśmy (…)”[1]. W Przedmowie do najbardziej przez rodaków znienawidzonej książki pisarza Trans – Atlantyku pisał: „Szło by tu zatem o bardzo daleko posuniętą rewizję naszego stosunku do narodu.(…) Rewizję, notabene, o charakterze uniwersalnym – gdyż to samo zaproponowałbym ludziom innych narodów, bo problem dotyczy nie stosunku Polaka do Polski, ale człowieka do narodu”. Narodu, który Gombrowicz oceniał jako zbiorową przemoc wobec jednostki, polegającą na konieczności poddawania się tej dumnie, ale pusto jak cymbał brzmiącej polskości w obawie przed agresywnym zarzutem braku patriotyzmu. Czy krytyka narodu lub namawianie obywatela, aby stał się bardziej człowiekiem a mniej Polakiem to zdrada? „Cóż wart jest naród złożony z ludzi sfałszowanych i zredukowanych? Z ludzi, którzy nie mogą pozwolić sobie na żaden szczerszy, swobodniejszy odruch z obawy, by im się ten naród nie rozpadł?”[2] „Oto mój pogląd . Jest to pogląd jak każdy inny – słuszny lub niesłuszny. Jak widzicie nie obwijam  moich opinii w bawełnę, przeciwnie, chcę, aby ukazały się wam w całej swojej bolesnej i nawet tragicznej ostrości”[3]. Z żyjącym Gombrowiczem mało kto podjął merytoryczną dyskusję, zrobiono mu natomiast gębę potwora, renegata, zdrajcy. To dokładnie inwektywy, jakie dziś można wyczytać w komentarzach internautów – p r a w d z i w y c h patriotów pod wypowiedzią Palikota lub kogokolwiek, kto poważyłby się na bluźnierczą krytykę zastanych narodowych świętości.                            
A tak myślę sobie, że jedną z  takich realnych świętości powinna być  uprawiana na co dzień poprawna polszczyzna, chroniona przed nadmiarem potoczyzmów, anglizmów, wulgaryzmów, bez rażących błędów fleksyjnych, bez ubóstwa leksykalnego. O taką narodową świętość warto  zadbać, to iście patriotyczny gest (jeśli ktoś potrzebuje wsparcia autorytetu to namawiał już do tego Krasicki) i będzie z tego więcej pożytku niż  odmienianiu słowa polskość przez całą deklinację.
Życzę tego sobie w dzisiejszym Dniu Języka Ojczystego. DB                                                                                        






[1],[3] W. Gombrowicz, Gęba i twarz,
[2] W Gombrowicz, Przedmowa do Trans-Atlantyku

3 komentarze:

  1. W zasadzie to nie zostało nic do komentowania:) Mogę tylko wesprzeć przekaz linkiem z YT: http://www.youtube.com/watch?v=ocaqG3sZsBo - za taką polskość dziękuję. Wyrzekam się! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za wsparcie (b. adekwatne), bo już myślałam, że to milczenie oznacza całkowitą dezaprobatę dla tego rodzaju poglądów. DB

    OdpowiedzUsuń
  3. Na pewno nie, takie poglądy są coraz częściej spotykane na całe szczęście. Budowanie pomników staje się powoli niemodne:)

    A co do wsparcia - podczas lektury skojarzyło mi się przynajmniej jeszcze kilka utworów wyżej zaproponowanego rapera. Polecam wszystkim:) Szczególnie album: "Absurd i nonsens"

    OdpowiedzUsuń