Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskość. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 marca 2012

Turpistyczna saga rodzinna


Lubię Nagrodę Nike. Daje mi coś w rodzaju orientacji o stanie polskiej literatury współczesnej. Staram się przeczytać wszystkie nominowane książki, rzadko mi się udaje, ale przynajmniej wiem, czego szukać, gdybym przypadkiem odkryła sposób wydłużania doby albo nie miała nic do roboty (jak to jest?). Dzięki Nike przeczytałam Piaskową Górę Joanny Bator i śmiem twierdzić, że to jedna z lepszych polskich powieści ostatnich lat. Wszystko mi się w niej podoba. A najbardziej język. Krótkie streszczenie o czym jest ta książka nic nie da, na pewno nie zachęci, a prawdopodobnie wręcz odrzuci od czytania. Na przykład:

Piaskowa Góra to nazwa wałbrzyskiego osiedla z wielkiej płyty. Za wczesnego Gierka w największym bloku Piaskowej Góry zamieszkał górnik Chmura z żoną. O tym, skąd się wzięli w Wałbrzychu i jak próbowali ułożyć sobie życie, traktuje powieść Joanny Bator.

Żadnego smoka, wampira... Górnik. Nuda. Dla tych jednak, którzy pamiętają poprzedni ustrój, z jego absurdami, z jego tęsknotami, marzeniami, z jego specyfiką, z jego brzydotą jest to bardzo smakowita proza. To jedno.

Drugie, to niesamowita kłączowa natura tej powieści. Losy Jadzi Chmury i jej córki Dominiki, bo to one są głównymi bohaterkami, rozgałęziają się, pączkują w różnych kierunkach i poznajemy przeszłość ich rodziny, dzieje sąsiadek i ich rodzin, a wszystkie te historie układają się w opowieść o Polsce od II wojny do upadku komunizmu.


Trzeci smaczek to fakt, że jest to opowieść o polskiej mentalności. Zgryźliwie bezlitosna i boleśnie celna analiza polskiej duszy, która nienawidzi wszystkiego, co, choć na milimetr, odbiega od tak zwanej normy. Polska miałkość, nijakość, bylejakość, polskie cwaniactwo, przaśność i zawiść. Wszystkie te cechy odbijają się w języku. Kiedy Stefan Chmura mówi o swojej żonie „moja Dziunia” i przynosi jej trzy goździki w celofanie, to już wszystko o nim wiadomo. Podobnie jak wszystko jest jasne, co do Jadzi, gdy marzy, by córkę wydać za dobrego Niemca z Enerefu, za takiego Horsta Krautwursta na przykład albo Siegfrieda Deppischa i mieć dzięki temu ożenkowi fototapetę na ścianie, majtki z nazwami dni tygodnia od Monntagu do Sonntagu i zapas proszku do prania oraz szamponu do włosów. Skrzeczy rzeczywistość PRL-u i uwiera polska przyziemność. Dominika jest odmieńcem, nie jest zupełnie podobna do matki, do ojca też nie, nie spełni marzeń Jadzi, nie wyjdzie za żadnego Horsta. Będzie się przyjaźnić z innymi odmieńcami, zawiedzie na całej linii. Na szczęście.


Po czwarte, opowiadane historie snują się zgodnie z prawidłami realizmu magicznego i raz po raz w brzydkim Wałbrzychu albo gdzieś na wsi zdarza się jakiś prywatny, niezauważalny prawie cud. Rzeczywistość mityzuje się. Każda postać, nawet ta najbardziej mała w sensie mentalnym, zyskuje swój indywidualny rys i tragizm, nawet jeśli nie jest swej tragiczności świadoma. 

 
Po piąte, jest to powieść kobieca w najlepszym tego słowa znaczeniu. Historia (ta wielka) opowiadana jest po kobiecemu, a więc bardzo szczegółowo z kolorami, zapachami, smakami przez pryzmat historii prywatnej (tej małej). Ważna jest cielesność. To bardzo zmysłowa powieść. Język jest soczysty, mięsisty, jędrny, celny, żywy. Słyszy się słowa cedzone przez usta złożone w „kurzą dupkę”, widzi się staruszki w beretach usztywnionych od spodu „Trybuną Wałbrzyską” jak proszą Czarną Madonnę „módsiezanami”, słychać troskę proboszcza Postronka, gdy przestrzega młodego księdza: „Diabeł kusi, oj, kusi. Ku zatracież zwodzi pod postaciąż niewiasty.(...) Unikać pokus niepotrzebnychż.” 
 
Piaskową Górę już skończyłam, czytam teraz jej ciąg dalszy: Chmurdalię. Obie były nominowane do Nagrody Nike.


 
Polecam
AJ

wtorek, 21 lutego 2012

Co z tą polskością?

Temat jest trochę nieświeży, bo zeszłotygodniowy, ale uwiera mnie, a poza tym jest dobrym powodem, aby nieco pokontrowersić.  A zaczął Palikot, którego wypowiedzianą frazę „Polacy muszą się wyrzec swojej polskości” skomentowano już wszędzie. Mniejsza o samego autora (chociaż trudno byłoby znaleźć kogoś równie nieostrożnego), moją uwagę skupiły komentarze internautów, w 90% bluzgi bez konkretnej treści oraz wypowiedzi publicystów wszelkiej maści, którzy w zależności od charakteru gazety, dla której pisali wyrażali albo oburzenie, albo  zdziwienie, a w najlepszym razie poczucie ironicznej wyższości. Bez względu na osobę i charakter jej wypowiedzi zawsze niepokoi mnie fakt, że wszyscy są tak jednomyślni w ocenie. To niebezpieczne zjawisko. Są sytuacje ekstremalne, które zgodnie z podstawowymi zasadami etyki wymagają tak jednomyślnego potępienia, acz wydaje się, że powyższa do nich nie należy. Co właściwie tak wszystkich wzburzyło? Zwłaszcza że nic więcej z całej wypowiedzi Palikota (wygłoszonej na ubiegłotygodniowym konwersatorium Dialog i Przyszłość, na które byli zaproszeni przez Kwaśniewskiego politycy, ekonomiści i biznesmeni kojarzeni z lewicą, choć nie tylko, również dziennikarze) nikt nie przekazał. Również sam autor na blogu nie wraca do tematu. Czyli jak zwykle – nikt nic nie wie, ale powód do afery dobry. Szczególnie, że słowo „polskość” bez względu na kontekst wywołuje w tym społeczeństwie stan podgorączkowy. A dołożone do niego „wyrzec się” pachnie skandalem i krucjatą. Nie ma znaczenia czy polskość rozumie się jako kulturę, wierzbę płaczącą, historię, chleb ze smalcem, czy "nie rzucim ziemi skąd nasz ród" – zawsze ta sama histeria. Walczyli z nią, niestety bezskutecznie, Juliusz Słowacki i Witold Gombrowicz, dla których patriotyzm zaczynał się tam, gdzie dla większości Polaków się kończy. Próbowali zweryfikować, odnowić pojęcie ojczyzny, odłupać z niego nawarstwienia kompleksów, dziedziczonych wad narodowych, prowincjonalności. Bezskutecznie. Gdyby bowiem odnieśli choć śladowy sukces, nie znalibyśmy dziś scen rodem z Krakowskiego Przedmieścia. Gombrowicz walczył z prymitywnie pojętą polskością, polegającą na przytulaniu się do pustych symboli, mierzeniu swojej współczesnej wartości  sukcesami spod Grunwaldu czy Sienkiewiczem odbierającym Nobla, lub też obroną katolickich wartości, które nigdy nie przeszkadzały uprawiać hipokryzji, kłamstwa i podnosić ręki na  bliźniego – Polaka o nieco innych poglądach.  Chciał widzieć Polaka bez manii „przechwalania się Polską, robienia Polsce propagandy, puszenia się polską literaturą lub geniuszami, których wydaliśmy (…)”[1]. W Przedmowie do najbardziej przez rodaków znienawidzonej książki pisarza Trans – Atlantyku pisał: „Szło by tu zatem o bardzo daleko posuniętą rewizję naszego stosunku do narodu.(…) Rewizję, notabene, o charakterze uniwersalnym – gdyż to samo zaproponowałbym ludziom innych narodów, bo problem dotyczy nie stosunku Polaka do Polski, ale człowieka do narodu”. Narodu, który Gombrowicz oceniał jako zbiorową przemoc wobec jednostki, polegającą na konieczności poddawania się tej dumnie, ale pusto jak cymbał brzmiącej polskości w obawie przed agresywnym zarzutem braku patriotyzmu. Czy krytyka narodu lub namawianie obywatela, aby stał się bardziej człowiekiem a mniej Polakiem to zdrada? „Cóż wart jest naród złożony z ludzi sfałszowanych i zredukowanych? Z ludzi, którzy nie mogą pozwolić sobie na żaden szczerszy, swobodniejszy odruch z obawy, by im się ten naród nie rozpadł?”[2] „Oto mój pogląd . Jest to pogląd jak każdy inny – słuszny lub niesłuszny. Jak widzicie nie obwijam  moich opinii w bawełnę, przeciwnie, chcę, aby ukazały się wam w całej swojej bolesnej i nawet tragicznej ostrości”[3]. Z żyjącym Gombrowiczem mało kto podjął merytoryczną dyskusję, zrobiono mu natomiast gębę potwora, renegata, zdrajcy. To dokładnie inwektywy, jakie dziś można wyczytać w komentarzach internautów – p r a w d z i w y c h patriotów pod wypowiedzią Palikota lub kogokolwiek, kto poważyłby się na bluźnierczą krytykę zastanych narodowych świętości.                            
A tak myślę sobie, że jedną z  takich realnych świętości powinna być  uprawiana na co dzień poprawna polszczyzna, chroniona przed nadmiarem potoczyzmów, anglizmów, wulgaryzmów, bez rażących błędów fleksyjnych, bez ubóstwa leksykalnego. O taką narodową świętość warto  zadbać, to iście patriotyczny gest (jeśli ktoś potrzebuje wsparcia autorytetu to namawiał już do tego Krasicki) i będzie z tego więcej pożytku niż  odmienianiu słowa polskość przez całą deklinację.
Życzę tego sobie w dzisiejszym Dniu Języka Ojczystego. DB                                                                                        






[1],[3] W. Gombrowicz, Gęba i twarz,
[2] W Gombrowicz, Przedmowa do Trans-Atlantyku