Temat jest trochę nieświeży, bo zeszłotygodniowy, ale
uwiera mnie, a poza tym jest dobrym powodem, aby nieco pokontrowersić. A zaczął Palikot, którego wypowiedzianą frazę
„Polacy muszą się wyrzec swojej polskości” skomentowano już wszędzie. Mniejsza o samego
autora (chociaż trudno byłoby znaleźć kogoś równie
nieostrożnego), moją uwagę skupiły komentarze internautów, w 90% bluzgi bez
konkretnej treści oraz wypowiedzi publicystów wszelkiej maści, którzy w
zależności od charakteru gazety, dla której pisali wyrażali albo oburzenie,
albo zdziwienie, a w najlepszym razie
poczucie ironicznej wyższości. Bez względu na osobę i charakter jej wypowiedzi
zawsze niepokoi mnie fakt, że wszyscy są tak jednomyślni w ocenie. To
niebezpieczne zjawisko. Są sytuacje ekstremalne, które zgodnie z podstawowymi
zasadami etyki wymagają tak jednomyślnego potępienia, acz wydaje się, że
powyższa do nich nie należy. Co właściwie tak wszystkich wzburzyło? Zwłaszcza
że nic więcej z całej wypowiedzi Palikota (wygłoszonej na ubiegłotygodniowym
konwersatorium Dialog i
Przyszłość, na które byli
zaproszeni przez Kwaśniewskiego politycy, ekonomiści i biznesmeni kojarzeni z
lewicą, choć nie tylko, również dziennikarze) nikt nie przekazał. Również sam
autor na blogu nie wraca do tematu. Czyli jak zwykle – nikt nic nie wie, ale
powód do afery dobry. Szczególnie, że słowo „polskość” bez względu na kontekst
wywołuje w tym społeczeństwie stan podgorączkowy. A dołożone do niego „wyrzec
się” pachnie skandalem i krucjatą. Nie ma znaczenia czy polskość rozumie się
jako kulturę, wierzbę płaczącą, historię, chleb ze smalcem, czy "nie
rzucim ziemi skąd nasz ród" – zawsze ta sama histeria. Walczyli z nią,
niestety bezskutecznie, Juliusz Słowacki i Witold Gombrowicz, dla których
patriotyzm zaczynał się tam, gdzie dla większości Polaków się kończy. Próbowali
zweryfikować, odnowić pojęcie ojczyzny, odłupać z niego nawarstwienia
kompleksów, dziedziczonych wad narodowych, prowincjonalności. Bezskutecznie.
Gdyby bowiem odnieśli choć śladowy sukces, nie znalibyśmy dziś scen rodem z
Krakowskiego Przedmieścia. Gombrowicz walczył z prymitywnie pojętą polskością,
polegającą na przytulaniu się do pustych symboli, mierzeniu swojej współczesnej
wartości sukcesami spod Grunwaldu czy
Sienkiewiczem odbierającym Nobla, lub też obroną katolickich wartości, które
nigdy nie przeszkadzały uprawiać hipokryzji, kłamstwa i podnosić ręki na bliźniego – Polaka o nieco innych
poglądach. Chciał widzieć Polaka bez
manii „przechwalania się Polską, robienia Polsce propagandy, puszenia się
polską literaturą lub geniuszami, których wydaliśmy (…)”[1].
W Przedmowie do najbardziej przez
rodaków znienawidzonej książki pisarza Trans
– Atlantyku pisał: „Szło by tu zatem o bardzo daleko posuniętą rewizję
naszego stosunku do narodu.(…) Rewizję, notabene, o charakterze uniwersalnym –
gdyż to samo zaproponowałbym ludziom innych narodów, bo problem dotyczy nie
stosunku Polaka do Polski, ale człowieka do narodu”. Narodu, który Gombrowicz
oceniał jako zbiorową przemoc wobec jednostki, polegającą na konieczności
poddawania się tej dumnie, ale pusto jak cymbał brzmiącej polskości w obawie
przed agresywnym zarzutem braku patriotyzmu. Czy krytyka narodu lub namawianie
obywatela, aby stał się bardziej człowiekiem a mniej Polakiem to zdrada? „Cóż
wart jest naród złożony z ludzi sfałszowanych i zredukowanych? Z ludzi, którzy
nie mogą pozwolić sobie na żaden szczerszy, swobodniejszy odruch z obawy, by im
się ten naród nie rozpadł?”[2]
„Oto mój pogląd . Jest to pogląd jak każdy inny – słuszny lub niesłuszny. Jak
widzicie nie obwijam moich opinii w
bawełnę, przeciwnie, chcę, aby ukazały się wam w całej swojej bolesnej i nawet
tragicznej ostrości”[3].
Z żyjącym Gombrowiczem mało kto podjął merytoryczną dyskusję, zrobiono mu
natomiast gębę potwora, renegata, zdrajcy. To dokładnie inwektywy, jakie dziś
można wyczytać w komentarzach internautów – p r a w d z i w y c h patriotów pod
wypowiedzią Palikota lub kogokolwiek, kto poważyłby się na bluźnierczą krytykę
zastanych narodowych świętości.
A tak myślę sobie, że jedną z takich realnych świętości powinna być uprawiana na co dzień poprawna polszczyzna,
chroniona przed nadmiarem potoczyzmów, anglizmów, wulgaryzmów, bez rażących
błędów fleksyjnych, bez ubóstwa leksykalnego. O taką narodową świętość
warto zadbać, to iście patriotyczny gest
(jeśli ktoś potrzebuje wsparcia autorytetu to namawiał już do tego Krasicki) i
będzie z tego więcej pożytku niż
odmienianiu słowa polskość przez całą deklinację.
Życzę tego sobie w dzisiejszym Dniu Języka
Ojczystego. DB
[1],[3] W. Gombrowicz, Gęba i twarz,
[2] W Gombrowicz,
Przedmowa do Trans-Atlantyku
W zasadzie to nie zostało nic do komentowania:) Mogę tylko wesprzeć przekaz linkiem z YT: http://www.youtube.com/watch?v=ocaqG3sZsBo - za taką polskość dziękuję. Wyrzekam się! :)
OdpowiedzUsuńDzięki za wsparcie (b. adekwatne), bo już myślałam, że to milczenie oznacza całkowitą dezaprobatę dla tego rodzaju poglądów. DB
OdpowiedzUsuńNa pewno nie, takie poglądy są coraz częściej spotykane na całe szczęście. Budowanie pomników staje się powoli niemodne:)
OdpowiedzUsuńA co do wsparcia - podczas lektury skojarzyło mi się przynajmniej jeszcze kilka utworów wyżej zaproponowanego rapera. Polecam wszystkim:) Szczególnie album: "Absurd i nonsens"