W okresie świątecznym wyczerpał mi
się zapas pomysłów na życzenia. Cała gama pobożnych banałów,
truizmów poleciała w kosmos dobrych chęci, w którym krążą one
po orbicie niespełnienia. Nie, żebym była w nastroju minorowym, ale
co do życzeń i ich szans na spełnienie jestem sceptykiem. Bo co to
znaczy życzyć szczęścia? Słowo – abstrakt! To jak życzyć
wylotu na Księżyc – może się zdarzyć, ale … W rzeczywistości
miałabym ochotę życzyć niektórym rozumu, a przynajmniej pogoni
za nim, ale wiadomo, że adresat się obrazi. Więc tym bardziej z
okazji nadchodzących kolejnych 365 dni nie widzę powodu do
zaklinania rzeczywistości. Może tym razem przy sylwestrowych
szampanach po prostu: bawmy się dobrze i niech każdy sam dla siebie
wymyśli marzenie do spełnienia. Byle w miarę realne, bo potem
rodzi się żal, że się nie udało, że mam pecha, że nikt mnie
nie kocha, że jestem za gruba/chuda, że świat niesprawiedliwy, a
ludzie podli itd., itd. Z miłości do siebie życzmy SOBIE jak najlepiej:) DB


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz