Z wielkim poczuciem winy zajrzałam
dziś na bloga, gdzie moja niezmordowana Przyjaciółka dzielnie
zamieszcza kolejne wpisy, a ja wyrzucam coś z siebie bardzo od czasu
do czasu. Cóż, najpierw samousprawiedliwiałam się stanem, który,
choć błogosławiony, to pod koniec mocno jest odmóżdżający i
zobojętniający na to, co na zewnątrz. Taki to czas: zwrócenia do
wewnątrz, w siebie, w Wańkowiczowskie „zacisze biologiczne”.
Potem już się nie samousprawiedliwiałam, ale jakoś brzydziłam
brudem tego świata, na który wydałam niewinne dziecię, czytałam
tylko nagłówki wiadomości i odrzucało mnie, nie miałam ochoty
babrać się basenem narodowym, trumnami smoleńskimi, wojną w
Syrii. Jednocześnie przepełniała mnie wdzięczność, że MOGĘ
się od tego odciąć, nie czytać, nie wiedzieć, nie myśleć o
tym.
A dziś to poczucie winy, ta
świadomość, że porzuciłam współtowarzyszkę niedoli... Wracam
więc i próbuję się ustosunkować do świata. Nie, żeby było to
szczególnie światu potrzebne, ale takie jest założenie bloga.
Pojawiam się więc, aby powiedzieć, że nie dziwi mnie nic, nie
oburza, nie zajmuje na dłużej. Patrzę, obserwuję i pozwalam, aby
przeminęło, odpłynęło. Nie oburzył mnie tekst profesora
Mikołejki o wózkowych, był zgryźliwy, ostry, ale niestety
prawdziwy. Do histerii smoleńskiej zdążyłam się przyzwyczaić,
taka potrzeba niektórych, aby nieustannie rozgrzebywać ten temat;
męczący jest tylko ton owych wynurzeń – zbyt emocjonalny,
histeryczny właśnie. Wszystko w naszym kraju jest zresztą takie
nabrzmiałe od emocji, obojętnie co się stanie, komentujący
krzyczą, oburzają się, skręcają ze złości, nienawiści,
rozpalają stosy, aby kogoś na nich spalić albo zbierają kamienie,
by ukamienować, w najlżejszych przypadkach opluwają. Więc
wiadomo, że smoleńska brzoza, tudzież mgła będzie wracać, bo to
temat, na którym niektórzy mogą coś ugrać politycznie, bardzo
doraźnie wprawdzie, ale dalekowzrocznością polityczną owi
niektórzy nie grzeszą.
Od szkoły, jej problemów, jej
codzienności jestem bardzo daleko, więc pewnie idealizuję swój
zawód, bo trochę mi brakuje lekcji, szkolnego życia i myślę o szkole z rozrzewnieniem, już tak mam, że lubię to, co
robię. Każę więc moim towarzyszkom niedoli opowiadać sobie
dzieje szkolne, które raz mnie niepokoją, częściej jednak
śmieszą, bo, jak pisałam wcześniej, jestem daleko. Nie brakuje mi
za to sprawdzania klasówek, matury próbnej i innych takich. Dużo
spaceruję, dużo czytam i w związku z tym spróbuję się
zdyscyplinować, aby od czasu do czasu, ale częściej niż raz na
pół roku :) opowiedzieć coś tutaj. AJ
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz