środa, 28 listopada 2012

Ukrzyżowany temat

Powiało mi dziś Krakowskim Przedmieściem  sprzed dwóch lat lub Palikotową awanturą wywołaną pomysłem zdjęcia krzyża z sejmowej sali. Już nawet gdy piszę „zdjęcia krzyża” to czuję dreszcz niepokoju, bo to jak pocieranie lampy Alladyna – można być pewnym, że dżin wyskoczy. I to wyjątkowo upiorny. Ale po kolei…Ktoś zdjął w kilku salach lekcyjnych krzyże, bo szkoła jako instytucja państwowa powinna być z założenia neutralna religijnie, a symbole takie jak krzyż tę zasadę neutralności światopoglądowej naruszają. Ktoś inny poczuł się urażony, bo godzi to w jego uczucia i jest aktem przemocy wobec wyznawanych wartości.  Z jednej i drugiej strony określa się to zamachem na wolność. Nie zamierzam tu rozstrzygać kto ma  rację, kto sensowniejsze argumenty, bo sprawa jest w polskich realiach nie do rozwiązania. Wadliwa regulacja prawna, brak dobrej woli, kultury dyskusji i nieco wyższego poziomu wrażliwości nigdy nie rozstrzygnie sprawy. Konstytucja tego kraju z jednej strony mówi, że władze powinny zachować bezstronność w sprawach wyznaniowych, a z drugiej, że zapewnia się swobodę wyrażania przekonań religijnych w miejscach publicznych. No i to już stanowi element spekulacji, ale w tzw. demokracji większość ma rację.
Mnie zasadniczo ten symbol nie przeszkadza, wolałabym wprawdzie, aby dla jego dobra  nie było go w przestrzeni szkolnej, ale to nie moja sprawa, że ktoś tu strzela sobie w kolano, wieszając tego rodzaju znak w miejscu, w którym ludzie nałogowo kłamią, ściągają (a więc oszukują), są agresywni, klną i w swoich czasem chamskich zachowaniach ignorują symbol udręczonego Boga. To forma profanacji ze szczególną premedytacją lub bezmyślnością. Nie wadzą mi więc krzyże, ale zastanawia mnie: po co one tam wiszą? Kto, komu, co chce udowodnić? Bo, jak zawsze powtarzam swoim uczniom, wiara to rzecz bardzo intymna, to prywatna, głęboka relacja z jakimś absolutem, z której nie trzeba zdawać relacji osobom postronnym. A przynajmniej nie warto w tak nieprzyjaznej przestrzeni, jaką jest szkoła, zwłaszcza w obecności osób, które tego sobie nie życzą. I tu dochodzimy do muru. Bo jak wspomniałam, dyskusja wokół tego tematu to mission impossible. Mnie, jako człowieka, który językiem i jego funkcją zajmuje się na co dzień, interesuje właśnie kwestia retoryki, do jakiej odwołują się obie strony. Cechą wspólną jest  zabarwienie emocjonalne na poziomie grożącym wylewem do mózgu . Zasadniczo dominuje język inkwizycji  lub retoryka wojenna po jednej stronie oraz  ironia, drwina, pogarda, wyrażające poczucie wyższości, po drugiej. Nie oznacza to oczywiście, że dochodzi do bezpośredniego starcia, w takich gronach jak szkolne, z pełną „kulturą”, pyskuje się te kwestie za plecami, po cichu, podobnie jak po cichu znika (lub się pojawia) przedmiot pyskówki, czyli krzyż. Jego przeciwnicy i tak stoją na straconej pozycji, bo są w mniejszości, bo zostaną zametkowani jako ateiści, nihiliści, komuniści. Ale przynajmniej oddadzą przeciwnikom z nawiązką, jako fundamentalistom, talibom i moherom. A wszystko z powodu symbolu miłości. DB



 Źródło obrazka: https://encrypted-tbn2.gstatic.com



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz