Jutro próbna matura zafundowana szkołom przez wydawnictwo
Operon. Tym samym szkołom, które muszą się gęsto tłumaczyć z jakichkolwiek
gratisów od wydawnictw, tzn. książek, testów, kalendarzy itp. pierdół dla
nauczycieli posądzanych o bógwiejakie profity z racji wyboru tego a nie innego
programu. Żenująca procedura, zwłaszcza w kontekście zmuszania młodzieży – z powodu
kolejnych zmian zafundowanych przez ministerstwo - do kupowania wciąż nowych
podręczników, która to odpowiedzialność najczęściej spada i tak na belfrów, bo
są pod ręką. Nikt głośno nie rozlicza np. lekarzy za profity wynikające z maniackiego
przepisywania określonych leków, których reklama wypisana jest na mnóstwie
gadżetów wokół tego lekarza, w jego nieprywatnym w końcu gabinecie. Nikt go nie
rozliczy z przepisania reklamowanego antybiotyku nawet na katar (autentyczne).
A nauczyciele muszą się tłumaczyć z każdego darmowego podręcznika, nawet gdy
jest poglądowy. Wybór programu i podręcznika obwarowany jest ścisłymi
procedurami, ale już przyjęcie od konkretnego wydawnictwa propozycji przeprowadzenia
próbnej matury nie budzi wątpliwości żadnej instytucji. Decyzja placówki w tej
kwestii jest samodzielna i o dziwo nie podlega niczyjej kontroli. Szkole to
oczywiście na rękę, bo arkusze darmowe, przesyłka również, przedmioty wszystkie
– tylko brać. Zwłaszcza że nikogo tu nie razi prywatny charakter
przedsięwzięcia. Co z tego ma Operon? Reklamę, nie darmową wprawdzie, ale
widocznie się opłaca. Co ma szkoła? Możliwość sprawdzenia wiedzy uczniów,
darmową, zwłaszcza że nauczyciele zabawią się - darmowo - po godzinach w egzaminatorów, którym w cywilizowanych okolicznościach należałoby zapłacić, bo nie należy to do ich obowiązków. Co mnie w tym wkurza? Że to
działka instytucji na trzy litery – CKE, OKE, które zdjęły z siebie całkowicie
odpowiedzialność za próbne matury. Bo jeśli nawet pojawi się z ich strony taka
propozycja ( jeden przedmiot, w marcu !)
to obciążone nią będą finansowo szkoły. A
w tym czasie wymienione instytucje zajmą się przeprowadzaniem dobrze płatnych kursów i
szkoleń. Na pewno nie dla „zwykłych” nauczycieli, bo ci zajęci są odwalaniem za nich roboty. Nie wiem czy przyznać sobie jeszcze kategorię siłaczki czy już frajera? DB
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz