Po tygodniach spędzonych niemal non stop nad słowem pisanym (a niejednokrotnie
objawionym) autorstwa moich podopiecznych rodzę się świątecznie do życia nie
przymierzając jak ten Feniks z popiołów. W tym wypadku popioły i zgliszcza to po pierwsze moje mieszkanie,
pozostawione bez czułej opieki „natenczas”*. A po drugie spopieliły się we mnie
resztki nadziei, że niektórych wspomnianych podopiecznych czegokolwiek
kiedykolwiek jeszcze nauczę. Dziś sądzę, że nie nauczę i właśnie oswajam się z tą myślą zgodnie z zasadą, o której
była tu już kiedyś mowa, że konia do wodopoju doprowadzić można, ale napić musi
to on się musi sam. A jak chce zdechnąć z pragnienia to jego wybór. Otrzepałam więc rytualnie dłonie na znak
zakończonej pracy (częściowo przynajmniej bezużytecznej) i skupiłam się na przygotowaniach
do świąt.
Zawsze dzień przed Wigilią nerwowo myślę, czy wszystko już kupione,
przywleczone, umyte, zagniecione,
wyprasowane itd. Wiem natomiast co w tym roku pominięte – np. karp, który
został przez nas mentalnie antropomorfizowany, w związku z czym nie wypada
zjeść pobratymca. Nie będzie również żywej choinki (muszę przeprosić się ze
sztuczną), bo w ubiegłym roku jeszcze przed Wigilią drzewko zrzuciło igły,
pozostając bezwstydnie nagie, z plątaniną światełek. Widok żałosny, ale choinki
w pobliżu kaloryfera tak podobno mają. Albo moja była tak ekshibicjonistycznie
nastawiona do życia, w tym roku nie ryzykuję. Szybki przegląd robót domowych
pozwala się dać sobie chwilę na relaks w oparach piernikowych i kadzidlanych zapachów.
Spokojnie więc przeglądam sobie prasę, nadrabiam zaległości z owych tygodni
troskliwego pochylenia się nad wypocinami podopiecznych i nastawiam się serdecznie
do bliźnich. No prawie serdecznie, bo oto w oko wpada mi relacja z Radomia i świetny komentarz, że Radom
to nie miasto, to stan umysłu. Ale jednocześnie czytam notkę (z lokalnej sieci) przekazania
świątecznej paczki rodzinie, dla której młodzież naszej szkoły takową przygotowała
i znów rośnie we mnie wiara w człowieka. W przeciwieństwie do wiary w państwo,
które chętnie zrzuca odpowiedzialność za opiekę socjalną wobec najuboższych na
barki świątecznie nastawionego społeczeństwa, skorego w tych dniach do gestów filantropijno
- ofiarnych. Zresztą takie gesty pozwalają dobrze o sobie myśleć, więc korzyść obopólna. Czytam sobie jeszcze o ateistach, bo to temat jakoś niezdrowo atrakcyjny w okolicach świąt, zajmują się nim głównie zatroskani katolicy, którym się wydaje, że "bezbożnicy" zabierają im ICH święto. Ale o tym może jutro, bo dziś koniec sjesty. Pierogi domagają się lepienia. DB
*przestarzałe: wówczas; wtedy, a nie jak myślą niektórzy przydomek
Wojskiego:)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz