Dzisiaj minął termin oddawania
bibliografii do prezentacji z języka polskiego. Oznacza to, że od
przynajmniej czterech lekcji nie było normalnych zajęć, tylko
konsultacje indywidualne, podczas których nauczyciel polonista
tłumaczył każdemu z osobna to, co mówił już wcześniej
wszystkim przynajmniej siedem razy, cztery razy zapisał na tablicy,
a dwa nawet drukowanymi literami. I niech no tylko spróbuje nie
zauważyć, że maturzysta in spe zapomniał dać nagłówek swojemu
dokumentowi, niech tylko przeoczy gdzieś małą literę tam, gdzie
powinna być wielka albo na odwrót, niech zapomni powiedzieć, że
na dokumencie musi widnieć osobisty, odręczny, czytelny podpis
maturzysty... już on się dowie, co maturzysta myśli o poprawianiu
pisma, o drukowaniu go na nowo. Maturzysta zadba o to, by nauczyciel
dowiedział się, co maturzysta myśli o takim CZEPIANIU SIĘ, co
sądzi o takim PRZEOCZANIU i dostrzeganiu usterki przy trzecim
dopiero czytaniu bibliografii. Przecież maturzysta spędził przy
pisaniu tejże cały dzisiejszy ranek, ewentualnie wczorajszy
wieczór, ewentualnie rano dopiero przysłała ten dokument
dziewczyna maturzysty/ chłopak maturzystki, a nauczyciel każe to
poprawiać? Wymaga umiejętności justowania tekstu, numerowania,
rozciągania marginesów, ustawiania nazwisk alfabetycznie?
Mało
tego, maturzysta napocił się, żeby znaleźć tekst na bryku.pl, a
nauczyciel mówi, że to nie jest rzetelne, poważne źródło? Że
nie wolno? A dlaczego, skoro tam tak prosto jest wszystko napisane, a
w tych książkach, które nauczyciel kazał przejrzeć, to NIC NIE
MA?
Maturzystom in spe niezmiennie życzę
wszystkiego dobrego.
AJ



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz