sobota, 31 marca 2012

Uczniu, daj się wyemancypować!


Wróciłam dziś z makabrycznie nudnego szkolenia, którego temat kręcił się wokół zmobilizowania ucznia we współczesnej szkole do aktywnego uczestnictwa w procesie nauczania (czyli jak emancypować podopiecznych) .Przez pierwsze dwie godziny nawet udawało mi się słuchać. Z czasem wkurzenie rosło, aż mnie przerosło. Tłumaczono nam, jak zachęcić biedną znękaną systemem edukacyjnym dziecinę do jakiegokolwiek zainteresowania czynnością przyswajania sobie wiedzy. Wykład pani psycholog o neurodydaktyce – bomba, przypomnienie wiadomości z czasów studenckich plus usystematyzowana wiedza wg najnowszych badań. Polecam Neurodydaktyka, czyli neurony w szkolnej ławce. Nazastanawialiśmy się jak uczynić szkołę bardziej atrakcyjną, jak uczyć bawiąc czy tam bawić ucząc. Naoglądaliśmy się pokazowych lekcji ( w klasach kilkunastoosobowych!), namądrowaliśmy się nt JACYTOJESTEŚMYWSZYSCYŚWIETNI  i po tak uroczo zmarnowanym czasie trafił mnie szlag. Bo przez cały czas  uporczywie towarzyszyła mi niewygodna świadomość, że w mojej szkole czasami jedyną zmotywowaną do pracy osobą w sali lekcyjnej jest nauczyciel, czyli np. ja. I chociaż  wkładam w nauczanie dużo serca, to nie jestem w stanie zmusić uczniów do przeczytania lektury, czy choć udawania, że ją przeczytali, odrobienia na czas pracy domowej, napisania przyzwoicie zapowiedzianego i 2 razy przełożonego na ich prośbę sprawdzianu. Nauczano mnie przez dwa dni jak być partnerem dla ucznia, ale jednocześnie mentorem i jeszcze psychologiem, i trochę aktorem, no i oczywiście mediatorem, no i nie zgasić w nim naturalnego płomienia ciekawości, i coś tam jeszcze, ale nie podpowiedziano jak wytłumaczyć człowiekowi, który musi za chwilę zdać maturę, że zwyczajnie trzeba kuć! Że żadne fajerwerki  aktywizujące tu nie pomogą (nauka języków obcych przez pieczenie ciasteczek na lekcji!). Że ktoś kto chce, aby go traktować serio musi czytać, interesować się światem, znać podstawowe fakty historyczne, umieć wykonać podstawowe zadania matematyczne - i tego trzeba chcieć się nauczyć.  I wreszcie jak wytłumaczyć, że robienie z własnej niewiedzy, indolencji i nieuctwa cnoty jest obciachem, że na rynku pracy takich niedouczonych maturzystów-studentów-magistrów są tłumy? Jak mam to zrobić, żeby nie naruszyć niczyjej godności, nie obniżyć poczucia wartości, nie podkopać dobrego samopoczucia, wreszcie nie okazać się tylko chamskim agresorem, za jakiego uczeń jest gotowy uważać nauczyciela ilekroć ten zabiera się do egzekwowania jego-ucznia obowiązków? Powtarzano, że musimy ucznia emancypować. A co w sytuacji, jeśli on tego nie chce? Na nasze , nauczycielskie wątpliwości, że chyba proces nauczania zależy również od stopnia zmotywowania samego ucznia (po cholerę takie tłumy nienawidzące szkoły pchają się dobrowolnie do liceów?) odpowiedziano nam, że jesteśmy pesymistami i widzimy szklankę w połowie pustą:(  Jasne, Stasia Bozowska wiecznie żywa! Ale ja nie dam się złożyć na ołtarzu edukacji i na wszelki wypadek tworzę własny program samoobrony. DB

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz