Wróciłam dziś z makabrycznie
nudnego szkolenia, którego temat kręcił się wokół zmobilizowania ucznia we współczesnej
szkole do aktywnego uczestnictwa w procesie nauczania (czyli jak emancypować podopiecznych) .Przez pierwsze dwie
godziny nawet udawało mi się słuchać. Z czasem wkurzenie rosło, aż mnie
przerosło. Tłumaczono nam, jak zachęcić biedną znękaną systemem edukacyjnym
dziecinę do jakiegokolwiek zainteresowania czynnością przyswajania sobie
wiedzy. Wykład pani psycholog o neurodydaktyce – bomba, przypomnienie wiadomości
z czasów studenckich plus usystematyzowana wiedza wg najnowszych badań. Polecam Neurodydaktyka, czyli neurony w szkolnej ławce. Nazastanawialiśmy się jak uczynić szkołę bardziej atrakcyjną, jak uczyć
bawiąc czy tam bawić ucząc. Naoglądaliśmy się pokazowych lekcji ( w klasach
kilkunastoosobowych!), namądrowaliśmy się nt JACYTOJESTEŚMYWSZYSCYŚWIETNI i po
tak uroczo zmarnowanym czasie trafił mnie szlag. Bo przez cały czas uporczywie
towarzyszyła mi niewygodna świadomość, że w mojej szkole czasami jedyną
zmotywowaną do pracy osobą w sali lekcyjnej jest nauczyciel, czyli np. ja. I
chociaż wkładam w nauczanie dużo serca,
to nie jestem w stanie zmusić uczniów do przeczytania lektury, czy choć
udawania, że ją przeczytali, odrobienia na czas pracy domowej, napisania
przyzwoicie zapowiedzianego i 2 razy przełożonego na ich prośbę sprawdzianu. Nauczano
mnie przez dwa dni jak być partnerem dla ucznia, ale jednocześnie mentorem i
jeszcze psychologiem, i trochę aktorem, no i oczywiście mediatorem, no i nie
zgasić w nim naturalnego płomienia ciekawości, i coś tam jeszcze, ale nie
podpowiedziano jak wytłumaczyć człowiekowi, który musi za chwilę zdać maturę,
że zwyczajnie trzeba kuć! Że żadne fajerwerki aktywizujące tu nie pomogą (nauka języków obcych przez pieczenie ciasteczek na lekcji!). Że ktoś kto chce, aby go traktować serio musi czytać, interesować się światem, znać podstawowe fakty historyczne, umieć wykonać podstawowe zadania matematyczne - i tego trzeba chcieć się nauczyć. I wreszcie jak wytłumaczyć, że robienie z własnej niewiedzy, indolencji i nieuctwa cnoty jest obciachem, że na rynku pracy takich niedouczonych maturzystów-studentów-magistrów są tłumy? Jak mam to zrobić, żeby nie naruszyć niczyjej godności, nie obniżyć poczucia wartości, nie podkopać dobrego samopoczucia, wreszcie nie okazać się tylko chamskim agresorem, za jakiego uczeń jest gotowy uważać nauczyciela ilekroć ten zabiera się do egzekwowania jego-ucznia obowiązków? Powtarzano, że musimy ucznia emancypować. A co w sytuacji, jeśli on tego nie chce? Na nasze , nauczycielskie wątpliwości, że chyba proces nauczania zależy również od stopnia zmotywowania samego ucznia (po cholerę takie tłumy nienawidzące szkoły pchają się dobrowolnie do liceów?) odpowiedziano nam, że jesteśmy pesymistami i widzimy szklankę w połowie pustą:( Jasne, Stasia Bozowska wiecznie żywa! Ale ja nie dam się złożyć na ołtarzu edukacji i na wszelki wypadek tworzę własny program samoobrony. DB
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz