Weekend w moim Ulubionym Mieście! Wdycham mało ekologiczne powietrze, wpatruję się w tłum, wsłuchuję w MIEJSKI! hałas – bardzo lubię dźwięk tramwajów, nawet w nocy. Zwłaszcza w nocy. Przypominają mi, że nie jestem na wsi ani na pustyni. Jedni lubią prowincjonalny spokój, ciszę, obowiązkowe zaciemnienie wraz z zachodem słońca, małomiasteczkową martwotę. Ja nie przyzwyczaję się nigdy. Już kiedy wydaje mi się, że przywykłam, że mój biologiczny zegar zgrywa się z ospałym rytmem Miasta, Którego Nazwy Nie Wypowiem, wizyta w jakimkolwiek tętniącym hałasem miejscu przypomina mojemu organizmowi, czego mu potrzeba: zmienności, różnorodności, anonimowości, ruchu. Nie przepadam za centrami handlowymi, ale już za ruchliwymi ulicami- tak. Z ich charakterystycznym rytmem ścigającej się jezdni i chodnika, świateł i agresywnych dźwięków. Wszechwładny pośpiech, z którego można wyciąć niepasujące obrazki wcale niespiesznych ludzi, niebanalnej lub/i wiekowej architektury, zjawisk socjologicznych właściwych tylko takim miejscom. Znajomi bombardują mój zachwyt rzeczowymi argumentami o niewygodzie codzienności w dużych miastach – bo korki, bo odległości, bo czas, bo…. Może, ale i tak się nie przekonam, bo już raczej tam nie zamieszkam. Miasto, Którego Nazwy Nie Wypowiem ma bowiem jedną bezdyskusyjną zaletę – tu są ludzie, których lubię i pracę, którą też lubię. A wracając do Ulubionego Miasta to muszą wystarczyć chwile, kiedy nasycam się wszystkim tym, czego nie ma w małych (jak niektórzy określają sentymentalnych i uroczo tajemniczych) miastkach.D.B.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz