Wobec kina Krzysztofa Kieślowskiego nigdy nie
potrafiłam być obojętno-letnia. Niemal wszystkie jego fabularne obrazy (długo
był dokumentalistą) mieszały mi w głowie, a niektóre nieźle poturbowały psychikę.
O wielkości reżysera już kiedyś pisałam, o jego pechu (przeznaczeniu?) bycia
obywatelem kraju , poza którym nie umiał żyć, a którym bywał straszliwie
zmęczony, przygnębiony i przez który nie został nigdy (za życia ) właściwie
doceniony. Zapraszano go na czerwony dywan do Cannes lub wręczano nagrodę dla
najlepszego filmu w Europie, a w Polsce krytycy ze ściśniętymi w dupkę ustami dukali, że to filmy przekombinowane,
zbyt odległe od rzeczywistości, jakieś takie niejednoznaczne. Dopiero gdy nagle
i zdecydowanie zbyt wcześnie zmarł w 1996
roku ( odrzucił możliwość operacji bypassów w Paryżu i Nowym Jorku, mówiąc, że
jest zwykłym Polakiem i ufa swoim lekarzom) , postawiono mu pomnik , nadano
szkole jego imię i napisano nowe recenzje. Okazało się w nich, że filmy są
głęboko egzystencjalne, metafizyczne, symboliczne, uniwersalne, odważne, takie
e u r o p e j s k i e. No jak nic kłania
się Norwid ze swoją nieśmiertelną frazą, że „lać ci będą łzy p o t ę
g i d r u g i é j/Ci, co
człowiekiem nie mogli Cię widziéć.” Kieślowski był ironistą, więc przyjąłby to
z uśmiechem i milczeniem, wypuszczając dym z nieodłącznego papierosa. Nigdy nie
widział siebie w roli mentora, autorytetu, raczej burzyciela dobrego mniemania
o sobie, o świecie, wzbudzał świadomie niepokój, bo wciąż pytał, mnożył
pytania, nawet nie podpowiadając odpowiedzi. Pytał o moralność, skutki wyborów,
granice odpowiedzialności, miejsce absolutu w życiu (cały Dekalog), pytał o rolę przypadku lub przeznaczenia (Przypadek, Czerwony), o cierpienie (Niebieski), śmierć (Bez końca), o ludzkie słabości (każdy), cenę za uczciwość i
namiętność (Amator). Jednocześnie pokazał,
że granice „ między dobrem i złem, między miłością i
nienawiścią, wiernością i zdradą, rozumem i wiarą, premedytacją i przypadkowością,
prawdą i oszustwem, są skomplikowane, nieostre i niejednoznaczne”*. Był
pesymistą, z lękami przed przyszłością,
ale jednocześnie z niezachwianą wiarą w widza, w jego inteligencję,
refleksyjność. Jestem kolejny raz po seansie
Krótkiego filmu o zabijaniu i mimo upływu
lat (moich i filmu) czuję to samo – niepokój, dyskomfort, stawianie pod ścianą
(7 minut trwa scena zabójstwa). I odpowiadając na zadane w nim pytania, muszę zmierzyć się z samą sobą,
nie da się udawać, że mnie to nie dotyczy (tzn. zabójstwo nie podlega
relatywizacji, ale już definicja tego czynu tak). Decydując się na kino Kieślowskiego
nie mamy szans na miłą rozrywkę, raczej na pranie mózgu, ale polecam.DB.
*Krzysztof Piesiewicz, prawnik,
przyjaciel Kieślowskiego, współscenarzysta.
Pranie mózgu... To mało powiedziane. Jego kino nie da mi teraz spokoju, z jednej strony będę myśleć nad sensem jednego z filmów, a z drugiej szukać i oglądać już kolejne. Tylko pytanie, czy napewno rzucać się w ten wir i zastanawiać się namiętnie nad moralnością człowieka, jego psychice, uczuciach? Myślę, że mimo wszystko warto...
OdpowiedzUsuń