wtorek, 6 marca 2012

Karamazow, ekonometria i sumienie


Jak cudnie można marnować czas. Przepuszczać go pomiędzy nieważnymi czynnościami, oddalając od siebie te ważne i najważniejsze. Warunkiem wszakże tej przyjemności jest świadome danie sobie na nią przyzwolenia i tym samym unieważnienie ewentualnych wyrzutów sumienia.  One zresztą nie dają się tak łatwo unieważnić i gniotą beztroskiego ducha, który chciałby sobie nieco pofolgować. Krótko mówiąc zamiast gotować na jutro obiad, sprawdzać klasówki, przeczytać rozdział „ubogacającej” książki,  czy choćby poodpisywać  na zaległe maile – postanowiłam się oddać przyjemności  niechlujnego czytania przypadkowych tekstów. Zaczęłam od nowego „Bluszcza”, nie żeby tak od deski do deski, jak tradycja czytelnicza nakazuje, raczej od piątego akapitu na jednej stronie do zakończenia na innej i odwrotnie (lubię czytać artykuły prasowe od końca). Jednocześnie googlałam nieznane mi nazwiska lub pojęcia w obcych językach podane (żałosny analfabetyzm), a od tego już krok do przeskakiwania z jednej informacji na drugą. I tak oto wywiad z poetką Julią Hartwig miesza się z artykułem o łysieniu i depresji, wspomnienie o Szymborskiej z tekstem o penisach, których nie chce pokazywać telewizja publiczna, jednocześnie niemająca skrupułów, żeby gwałcić widza nadmiarem nieestetyzmu, wyszukałam ostatnią (starą) płytę Przemykowej z Kayah ( skłonił mnie do tego fragment wywiadu), to samo zrobiłam z Waglewskim, przed znalezieniem którego  przeczytałam sobie wszystkie plotki na Onecie o celebrytach. Potem wróciłam do „Książek”, w których utknęłam na literackiej krzyżówce, bo zapomniałam imię czwartego Karamazowa (Smierdiakow, chociaż jego synostwo wcale nie jest takie pewne, zawsze będę kojarzyć trzech braci), przy okazji przypomniałam sobie ukochany fragment spotkania Wielkiego Inkwizytora z Jezusem, zawsze mi to dobrze robi; przypomniałam sobie, że w szkole rozmawiałam z kimś o kierunku studiów, o którym w życiu nie słyszałam – ekonometrii - i należało to sprawdzić, niepotrzebnie zresztą, bo nadal nic mi to nie mówi; w „Książkach” jest świetny tekst o jedzeniu w literaturze, krąży wokół Balzaka (opowiedzieć na lekcji przy okazji biografii autora!), co zmusiło mnie do zajrzenia na dawno niezaglądaną stronę Puszka.pl. Stworzył się z tego niezły patchwork – z dźwięków, kolorów, myśli, twarzy, a nawet zapachów, bo oczywiście konsekwentnie podjadam przy tym, zapijając nieodłącznym w chwilach lekturowych czerwonym winem. Usiłuję nim uśpić sumienie, które zaczyna dawać o sobie znać i dręczy mnie myślą o bardziej konstruktywnej lekturze, zwłaszcza kiedy pani Hartwig na pytanie jak żyć,  mówi: „Pracować, myśleć, czytać. Czytać dużo mądrych książek. Zagłębiać się w tym, co naprawdę ważne.” A ja tak niemądrze i nieważnie. Ale zacznę od jutra – dziś jeszcze przeczytam o Cejrowskim, co jak zwykle nie popisał się obiektywizmem i tolerancją, o łzach Putina i żałobie narodowej i kto się na nią nie zgadza. Nie ubogaci mnie to wprawdzie, ale może będzie  przyczynkiem do jutrzejszego posta. Z tego miszmaszu jeden cytat przytoczony przez Waglewskiego: Ginsberg na jakiejś konferencji prasowej zapytany czy wierzy w życie pozagrobowe, odpowiedział: „A skąd pan wie, że pan jeszcze żyje?”. I to jest powód do zadumy.  DB

1 komentarz:

  1. Chciałbym móc kiedyś się tak aktywnie polenić.. A propos Cejrowskiego, to on już taki styl dziennikarstwa reprezentuje. Można mu wybaczyć. Lubi się oryginały.

    OdpowiedzUsuń