Urocze i znane chyba w co drugim
domu:) W moim, na ostatnie pytanie, niezmiennie
padała odpowiedź – pojechała do Krakowa. Dlaczego akurat tam, nie wiem, ale zawsze
wywoływało to niemałą konsternację wśród bachorząt, a wraz z wiekiem – pełne
politowania spojrzenia pod adresem odpowiadającego. Niewinny jednak kwejkowy
żart ilustruje konkretny stan rzeczy i niezmienność ról społecznych, w które
się wtłaczamy. Szczęśliwie ten stan powolutku, ale konsekwentnie się zmienia –
wzrasta świadomość ojców, ich niezaprzeczalnej roli w kształtowaniu osobowości potomka
od pierwszych chwil. A w związku z tym: urlopy tacierzyńskie (komputer tego
słowa nie przyjął!), noszenie dzidziusia w chuście, przez co nie stają się
mniej męscy, uczestnictwo w szkołach opieki nad przyszłym rozwrzeszczanym „skarbem” (w trakcie np.
panowie wkładają do nosidełka na brzuchu 10-litrowy baniak z wodą i tak
obciążeni próbują sprzątać, wejść do samochodu czy zrobić zakupy w zatłoczonym
miejscu – uczy to empatii dla kobiet w ciąży czy matek z dzieckiem i domem na
głowie, ale w powszechnej opinii niepracujących przecież), równy podział obowiązków typu pranie,
wstawanie w nocy, kąpiele itd. Odbiór społeczny tego zjawiska jest coraz
lepszy, a nawet b. dobry wśród kobiet, które skrajnie różnie traktują inną
kobietę z dzieckiem na ręku usiłującą np. ominąć kolejkę i w analogicznej
sytuacji mężczyznę, który będzie w tych
okolicznościach budził uczucia sympatii, lekkiego współczucia, może nawet
zazdrości , a na pewno wywoła odruch
pomocy. Ale być może i to minie, a tatuś zajmujący się troskliwie dzieckiem
i odpowiadający na wyżej wymienione
na kwejku pytania ( dziś nadal gł. do mamy) przestanie być zjawiskiem, a
stanie się normą. Młodzi czytający – nie myślicie na
razie o potomkach, życie przed Wami (pomyślcie raczej o tym, jak ich teraz nie
mieć), ale o swoich przyszłych – różnorakich - rolach społecznych starajcie się myśleć
niekonwencjonalnie .DB
niedziela, 26 lutego 2012
sobota, 25 lutego 2012
Miała pecha, że zginęła
Czytam i nie wierzę w groteskowość tego, co czytam.
Na pierwszej stronie gazety.pl informacja http://wyborcza.pl/1,75477,11233596,Syria__Swiat_patrzy_na_smierc.html,
która zbija z nóg. I to z kilku powodów. Sama informacja jest z oczywistych względów szokująca.
Dziennikarski komentarz do niej boleśnie banalny, ale chyba każdy inny
brzmiałby równie źle. Druga rzecz to relacja amerykańskiej pani dziennikarki,
która używa słów „serce mi pękło”, a
dalej jest tylko banalniej. Dla komercyjnych celów zadaje idiotyczne pytania,
czy powinno się pokazywać takie rozdzierające sceny i sama sobie odpowiada, że
oczywiście tak, bo to działa uświadamiająco, empatycznie itd. bzdurnie. Oczywiście
nie ma to n i c wspólnego z podniesieniem oglądalności
stacji, dla której się pracuje ani sprzyjaniu chorej ciekawości gawiedzi. I
byłoby to tylko wkurzające, gdyby nie tragiczna ironia, że owa dziennikarka
ginie dzień później od takiej samej
bomby. Trudno w tej sytuacji utrzymać poprzedni stan irytacji, więc uczucia
względem niej ulegają zmianie. Ale oto w
artykule pojawia się kolejny komentarz piszącego dziennikarza, który podważa
autentyczność współczucia ww. reporterki wojennej, która w ostatnich chwilach
życia wzywała pomoc ( i być może , gdyby nie umarła tak szybko to by ją
dostała, a pokazany wcześniej syryjski chłopiec nie) i nieco zepsuła tym faktem
swój bohaterski wizerunek. I na koniec błyskotliwy tekst: ”Marie Colvin miała pecha, że zginęła, i
szczęście, że nie zdradziła. Została z malutkim Adnanem do końca”. M i a ł
a p e c h a, że zginęła. Ale w sumie to
dobrze się stało, bo ginąc pod gruzami, pozostała wierna temu, o którym
wcześniej opowiadała. To dopiero szczęście! Ludzie, co z tym światem jest nie
tak? Przyzwyczailiśmy się, że dziennikarze wejdą wszędzie, im bliżej skandalu,
cierpienia, upokorzenia tym lepiej. Ale rozprawianie w tym samym miejscu o dwóch
tragicznych śmierciach i puentowanie ich słowem PECH, to żenada. Do
tego wszystkiego pod tekstem umieszczono info: „Zobacz nagranie przedstawiające
śmierć dziecka w syryjskim Homs”, żebyś czytelniku miał swoją dzienną porcję
wzruszeń, a obok artykułu „zajawki”: „Gwiazdy już w Hollywood. Wśród nich
Holland i Więckiewicz”, „7 dni znajomości i już tatuaż. Na nim twarz wybranka”.
Wysiadam. DB
wtorek, 21 lutego 2012
Co z tą polskością?
Temat jest trochę nieświeży, bo zeszłotygodniowy, ale
uwiera mnie, a poza tym jest dobrym powodem, aby nieco pokontrowersić. A zaczął Palikot, którego wypowiedzianą frazę
„Polacy muszą się wyrzec swojej polskości” skomentowano już wszędzie. Mniejsza o samego
autora (chociaż trudno byłoby znaleźć kogoś równie
nieostrożnego), moją uwagę skupiły komentarze internautów, w 90% bluzgi bez
konkretnej treści oraz wypowiedzi publicystów wszelkiej maści, którzy w
zależności od charakteru gazety, dla której pisali wyrażali albo oburzenie,
albo zdziwienie, a w najlepszym razie
poczucie ironicznej wyższości. Bez względu na osobę i charakter jej wypowiedzi
zawsze niepokoi mnie fakt, że wszyscy są tak jednomyślni w ocenie. To
niebezpieczne zjawisko. Są sytuacje ekstremalne, które zgodnie z podstawowymi
zasadami etyki wymagają tak jednomyślnego potępienia, acz wydaje się, że
powyższa do nich nie należy. Co właściwie tak wszystkich wzburzyło? Zwłaszcza
że nic więcej z całej wypowiedzi Palikota (wygłoszonej na ubiegłotygodniowym
konwersatorium Dialog i
Przyszłość, na które byli
zaproszeni przez Kwaśniewskiego politycy, ekonomiści i biznesmeni kojarzeni z
lewicą, choć nie tylko, również dziennikarze) nikt nie przekazał. Również sam
autor na blogu nie wraca do tematu. Czyli jak zwykle – nikt nic nie wie, ale
powód do afery dobry. Szczególnie, że słowo „polskość” bez względu na kontekst
wywołuje w tym społeczeństwie stan podgorączkowy. A dołożone do niego „wyrzec
się” pachnie skandalem i krucjatą. Nie ma znaczenia czy polskość rozumie się
jako kulturę, wierzbę płaczącą, historię, chleb ze smalcem, czy "nie
rzucim ziemi skąd nasz ród" – zawsze ta sama histeria. Walczyli z nią,
niestety bezskutecznie, Juliusz Słowacki i Witold Gombrowicz, dla których
patriotyzm zaczynał się tam, gdzie dla większości Polaków się kończy. Próbowali
zweryfikować, odnowić pojęcie ojczyzny, odłupać z niego nawarstwienia
kompleksów, dziedziczonych wad narodowych, prowincjonalności. Bezskutecznie.
Gdyby bowiem odnieśli choć śladowy sukces, nie znalibyśmy dziś scen rodem z
Krakowskiego Przedmieścia. Gombrowicz walczył z prymitywnie pojętą polskością,
polegającą na przytulaniu się do pustych symboli, mierzeniu swojej współczesnej
wartości sukcesami spod Grunwaldu czy
Sienkiewiczem odbierającym Nobla, lub też obroną katolickich wartości, które
nigdy nie przeszkadzały uprawiać hipokryzji, kłamstwa i podnosić ręki na bliźniego – Polaka o nieco innych
poglądach. Chciał widzieć Polaka bez
manii „przechwalania się Polską, robienia Polsce propagandy, puszenia się
polską literaturą lub geniuszami, których wydaliśmy (…)”[1].
W Przedmowie do najbardziej przez
rodaków znienawidzonej książki pisarza Trans
– Atlantyku pisał: „Szło by tu zatem o bardzo daleko posuniętą rewizję
naszego stosunku do narodu.(…) Rewizję, notabene, o charakterze uniwersalnym –
gdyż to samo zaproponowałbym ludziom innych narodów, bo problem dotyczy nie
stosunku Polaka do Polski, ale człowieka do narodu”. Narodu, który Gombrowicz
oceniał jako zbiorową przemoc wobec jednostki, polegającą na konieczności
poddawania się tej dumnie, ale pusto jak cymbał brzmiącej polskości w obawie
przed agresywnym zarzutem braku patriotyzmu. Czy krytyka narodu lub namawianie
obywatela, aby stał się bardziej człowiekiem a mniej Polakiem to zdrada? „Cóż
wart jest naród złożony z ludzi sfałszowanych i zredukowanych? Z ludzi, którzy
nie mogą pozwolić sobie na żaden szczerszy, swobodniejszy odruch z obawy, by im
się ten naród nie rozpadł?”[2]
„Oto mój pogląd . Jest to pogląd jak każdy inny – słuszny lub niesłuszny. Jak
widzicie nie obwijam moich opinii w
bawełnę, przeciwnie, chcę, aby ukazały się wam w całej swojej bolesnej i nawet
tragicznej ostrości”[3].
Z żyjącym Gombrowiczem mało kto podjął merytoryczną dyskusję, zrobiono mu
natomiast gębę potwora, renegata, zdrajcy. To dokładnie inwektywy, jakie dziś
można wyczytać w komentarzach internautów – p r a w d z i w y c h patriotów pod
wypowiedzią Palikota lub kogokolwiek, kto poważyłby się na bluźnierczą krytykę
zastanych narodowych świętości.
A tak myślę sobie, że jedną z takich realnych świętości powinna być uprawiana na co dzień poprawna polszczyzna,
chroniona przed nadmiarem potoczyzmów, anglizmów, wulgaryzmów, bez rażących
błędów fleksyjnych, bez ubóstwa leksykalnego. O taką narodową świętość
warto zadbać, to iście patriotyczny gest
(jeśli ktoś potrzebuje wsparcia autorytetu to namawiał już do tego Krasicki) i
będzie z tego więcej pożytku niż
odmienianiu słowa polskość przez całą deklinację.
Życzę tego sobie w dzisiejszym Dniu Języka
Ojczystego. DB
[1],[3] W. Gombrowicz, Gęba i twarz,
[2] W Gombrowicz,
Przedmowa do Trans-Atlantyku
niedziela, 19 lutego 2012
Dzień Kota
Właściwie, jestem psiarą. Od ósmego
roku życia. Koty pojawiły się w moim życiu mniej więcej
dziesięć lat później. I teraz jestem posiadana przez dwie kotki i
mam psa.
Życie z kotem to materiał na książkę.
Wszyscy, którzy są pupilami swoich kotów mogliby napisać o swoich
właścicielach grube tomy. Potwierdza to ogromna ilość blogów o
kotach.
Kot to sama gracja. Figurka ze
złączonymi łapkami i ogonem owiniętym wokół nich jest siedzącą
doskonałością. To się zmienia, kiedy postanawia nagle ruszyć w
szalony galop po pokojach z wygiętym ogonem, położonymi uszami i
amokiem w oczach. Szczególnie interesujący jest trening driftingu,
który najlepiej uprawia się nocą:
W tajemniczy sposób
mięciutkie i ciche zwykle kocie łapki tupią wtedy po podłodze jakby zaopatrzone były w kopyta. No i pory, jakie wybiera sobie na pogłaskanie swoich
ludzkich pupili. Kiedy coś piszą/rysują. Kiedy rano robią
makijaż. Kiedy robią coś przy komputerze/laptopie. Zaczyna się
wtedy wypełnione mruczeniem wchodzenie na kolana, albo stół,
łażenie w te i z powrotem i przeciąganie ogonem pod nosem,
ugniatanie kolan, zakończone ułożeniem się na kartkach, klawiaturze i miłosnym spoglądaniem przymrużonymi oczami. Ludzki pupil najczęściej
protestuje, ale tylko chwilę, pokonany przez mruczące wyznanie,
rozczula się i głaszcze leżącego na ważnych papierach puchatego
kloca.
Nieskończona jest pomysłowość kocia
w przyjmowaniu pozycji podczas odpoczynku. Począwszy od rozkosznego
kłębuszka, przez rozciągnięte na całą długość kocie
jestestwo, skończywszy na pozycjach, których nie podejmuję się
nazwać. Słownictwo moje jest zbyt ubogie.
Zdumiewająca ciekawość,
która każe kotu wejść do każdego pudełka, torby pozostawionych
gdzieś nieopatrznie, o pralce, karniszu, najwyższej półce nie
wspominając. Jedną z niezwykłych kocich umiejętności jest
zdolność do kompresji, w wyniku której pięciokilogramowy kot
mieści się w maleńkim pudełeczku i nie wystaje mu z niego ani
jedna łapka czy ogon.
No i złota albo zielona tajemnica
kryjąca się w kocich oczach. Cały język spojrzeń, od
rozczulających wielkimi źrenicami, po przymrużone, patrzące z
wyraźną pogardą, ewentualnie PACZĄCE.
Jestem psiarą, ale uwielbiam koty.
PS Z kotami jest jednak problem.
Społeczny. Jest ich za dużo, mnożą się błyskawicznie, jedna
kotka może w ciągu całego swojego życia wydać na świat KILKASET
kociąt. Nie staram się nawet wyobrazić sobie sposobów
eksterminacji tych zwierząt. Dlatego apeluję: STERYLIZUJCIE!
KASTRUJCIE! Kociego nieszczęścia jest na świecie mnóstwo.
PS2 To miał być post o związku pomiędzy życiem z kotem a wyborem zawodu pisarza, ale nie wyszło. Może innym razem.
AJ
czwartek, 16 lutego 2012
No comments?
Zaniepokojone brakiem komentarzy, podejrzewamy, że są problemy z ich publikowaniem. Prosimy o informację na e-mail, jeśli tak jest i ewentualnie podpowiedź, co może być tego przyczyną, bo nie wiemy. Nasz adres: agador93@gmail.com
środa, 15 lutego 2012
Pada sobie śnieg, czyli globalny parodoks
Jest sobie zima, więc jest zimno, więc pada sobie
śnieg. Nie jest to jednak tak oczywiste i akceptowalne jakby się z pozoru wydawało. Jesteśmy
wobec tego meteorologicznego faktu bezradni, zaniepokojeni, zdziwieni, wściekli
i jacyś tam jeszcze. Człowiek na drodze ewolucji miał dostatecznie dużo czasu,
aby przystosować się do określonych warunków atmosferycznych, jednak jak się okazuje
jesteśmy totalnie bezbronni w obliczu zjawiska, jakim jest śnieg w zimie! Buty,
które kupiliśmy n a z i m ę przemakają,
kurtka jest ocieplana, ale nie ociepla,
drogi nieogarnięte, pociągi dramatycznie spóźnione ( chociaż w lecie nie jest
inaczej), samochody nie chcą odpalić, ewentualnie się otworzyć (moja „żabka”
nie robi żadnych fochów), jednym słowem zimowy armagedon. Co jest? Przecież co
roku po jesieni powinna pojawić się zima i zgodnie ze wszystkimi normami (nawet
unijnymi) się pojawia. Czemu więc jesteśmy tak zaskoczeni i nieszczęśliwi? Bo
nabito nas w butelkę! Tyle gadania o globalnym ociepleniu, które tylko pozornie musi mieć coś wspólnego z patelniowym krajobrazem. Właśnie
to ocieplenie „powoduje topnienie lodów arktycznych i to właśnie poprzez
zaburzenie ruchów atmosfery spowodowane topnieniem, możemy mieć gigantyczne
problemy w przyszłości.” To cytat z http://globalneocieplenie.pl/. Paradoks.
Moja logika nie przyjmuje do wiadomości, że im cieplej tym zimniej.
DB
I tylko mój pies jest szczęśliwy. A jego powiewające na wietrze uszy jeszcze bardziej!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






