Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 marca 2012

Żyję w kraju niekończącej się żałoby,


nieustannych zaduszek, pomników i grobowców, rozbuchanej kultury funeralnej, jakiejś chorej fascynacji  cmentarną celebrą. Ma to oczywiście uzasadnienie kulturowe, silnie związane z religią, ale jest w tym coś więcej. Pogrzeby przypominają sarmackie pompa funebris, im więcej przemawiających, składających kondolencje, wyrazy przywiązania do zmarłego, tym „ładniejsza” ceremonia. Im bardziej zmarły wyrażał wolę , aby pogrzeb był skromny, tym mniej go słuchano. Zarówno dawnym magnatom, jak współczesnym osobistościom, a tym bardziej zwykłym zjadaczom chleba  nie jest potrzebna ta, pozbawiona jakiegokolwiek mistycyzmu, nadmuchana impreza, ale kto słucha umarłego? Szczęśliwie można za niego decydować i pochować np. ks. Twardowskiego wbrew jego woli w monumentalno- kiczowatym  przybytku religijnym. Człowieka , który był chodzącą skromnością i pokorą wobec próżności świata tego. Podobnie, zmarła niedawno pani Szymborska, która pragnęła być pochowana tak jak żyła – bez przesadnego zamieszania wokół swojej osoby. Rozumiem, że trudno byłoby  odmówić wielbicielom jej pisania udziału w uroczystości, ale już zadęte mowy nad trumną można było sobie darować. To nie żaden szacunek dla zmarłego nakazuje organizować takie szopki pogrzebowe, to pycha i rozbuchane ego, czasami zwyczajny prymitywizm ludzi, z którymi często zmarły nie chciał za życia mieć wiele wspólnego. Teraz można mienić się jego przyjacielem, powiernikiem myśli, sypać jak z rękawa wymyślonymi na tę okazję anegdotkami, uronić teatralną łzę, najlepiej do najbliższej kamery. Można wszystko, bo któż to zweryfikuje, kto zaprzeczy? Rodzina, która zmaga się z bólem i w dodatku musi słuchać takich farmazonów? Spokojnie można liczyć, że z jej strony nic nie grozi.
Do tego pojawiła się nowa świecka tradycja, która budzi zdziwienie cudzoziemców - przydrożne krzyże upamiętniające tragiczną śmierć, przy których palą się lampki, mocuje się informację kto, kiedy, ile miał lat, czasem zdjęcie. ??  Do tego dołóżmy pomnikomanię, często uwłaczającą tym, których chciałoby się uczcić (pierwszy z brzegu przykład stoi na placu teatralnym w Mieście, Którego Nazwy Nie Wypowiem). No i wreszcie żałoby narodowe. Gremialne pogrążanie się w smutku po zupełnie nieznanych ludziach. Tylko czemu tych , a nie 15 kolejnych, którzy właśnie giną na drogach? Opuszczone flagi z kirem, odwołane imprezy kulturalne. A obok hucpa dziennikarska i sępiarski proceder telewizyjny. Bo jak prezent z nieba spadł kolejny medialny temat. Wprawdzie przepisowa troska na twarzach wymalowana, ale błysk w oku dziennikarza, który może zaprosić do studia gości, o istnieniu których w innych okolicznościach nigdy by się nie pomyślał – bezcenne. Za wszystko inne hojnie zapłaci stacja. Przypominam długie tygodnie żerowania na katastrofie smoleńskiej i eksploatację tematu. Tematu śmierci, która nas jako społeczeństwo dramatycznie podzieliła. To były dni żałoby, które tylko podkreśliły nasze narodowe obsesje i nierozwiązane problemy. Z równą egzaltacją przeżywamy każdą żałobę narodową, jak i dumę z powodu wygranego meczu drużyny narodowej ( to akurat musi pozostać w sferze pragnień narodowych). 
Żeby było jasne - nie przeszkadza mi kir na fladze, ale odwołany spektakl komediowy już tak. Nie znałam tych ludzi, jest mi ich zwyczajnie, po prostu  i po człowieczemu żal, zwłaszcza ich rodzin, ale dokładnie tak jak wszystkich innych w podobnej sytuacji. Nie widzę powodu, aby po raz kolejny eksploatować ten gest. Śmierć należy szanować, bo jest składnikiem życia, ale nie zamieniać jej w odpustowy kicz, bo to nieudolna próba jej obłaskawienia. Nic z tego. Jej nie da się oswoić. Żadnym pomnikiem, napuszoną przemową, a tym bardziej narzuconą gromadną żałobą. DB



sobota, 25 lutego 2012

Miała pecha, że zginęła


Czytam  i nie wierzę w groteskowość tego, co czytam. Na pierwszej stronie gazety.pl informacja http://wyborcza.pl/1,75477,11233596,Syria__Swiat_patrzy_na_smierc.html, która zbija z nóg. I to z kilku powodów. Sama informacja jest  z oczywistych względów szokująca. Dziennikarski komentarz do niej boleśnie banalny, ale chyba każdy inny brzmiałby równie źle. Druga rzecz to relacja amerykańskiej pani dziennikarki, która używa słów  „serce mi pękło”, a dalej jest tylko banalniej. Dla komercyjnych celów zadaje idiotyczne pytania, czy powinno się pokazywać takie rozdzierające sceny i sama sobie odpowiada, że oczywiście tak, bo to działa uświadamiająco, empatycznie itd. bzdurnie. Oczywiście nie ma to  n i c   wspólnego z podniesieniem oglądalności stacji, dla której się pracuje ani sprzyjaniu chorej ciekawości gawiedzi. I byłoby to tylko wkurzające, gdyby nie tragiczna ironia, że owa dziennikarka ginie dzień później od  takiej samej bomby. Trudno w tej sytuacji utrzymać poprzedni stan irytacji, więc uczucia względem niej ulegają zmianie.  Ale oto w artykule pojawia się kolejny komentarz piszącego dziennikarza, który podważa autentyczność współczucia ww. reporterki wojennej, która w ostatnich chwilach życia wzywała pomoc ( i być może , gdyby nie umarła tak szybko to by ją dostała, a pokazany wcześniej syryjski chłopiec nie) i nieco zepsuła tym faktem swój bohaterski wizerunek. I na koniec błyskotliwy tekst:  ”Marie Colvin miała pecha, że zginęła, i szczęście, że nie zdradziła. Została z malutkim Adnanem do końca”. M i a ł a   p e c h a, że zginęła. Ale w sumie to dobrze się stało, bo ginąc pod gruzami, pozostała wierna temu, o którym wcześniej opowiadała. To dopiero szczęście! Ludzie, co z tym światem jest nie tak? Przyzwyczailiśmy się, że dziennikarze wejdą wszędzie, im bliżej skandalu, cierpienia, upokorzenia tym lepiej. Ale rozprawianie w tym samym miejscu o dwóch tragicznych śmierciach i puentowanie ich słowem PECH, to żenada. Do tego wszystkiego pod tekstem umieszczono info: „Zobacz nagranie przedstawiające śmierć dziecka w syryjskim Homs”, żebyś czytelniku miał swoją dzienną porcję wzruszeń, a obok artykułu „zajawki”: „Gwiazdy już w Hollywood. Wśród nich Holland i Więckiewicz”, „7 dni znajomości i już tatuaż. Na nim twarz wybranka”.
Wysiadam. DB