Halloween kolejny rok działa na nerwy zastępom proboszczów, którzy wściekle atakują „pogańskie rytuały” i „amerykańską komercję”. Niewinna dynia budzi też niechęć ludzi średnio zaangażowanych w katolickie klimaty, którzy paradoksalnie używają tych samych określeń: „to nie nasze święto”, „takie pogańskie”, „skomercjalizowane” itp. O co właściwie chodzi? Jest tyle innych amerykańsko-zachodnio-komercyjnych świąt i imprez, które nie budzą niechęci - choć powinny ze względu na rażący antyestetyzm (patrz: Walentynki) – a na to akurat wszyscy się uparli. Że pogańskie? No nie bardziej niż Wszystkich Świętych i Zaduszki, które mają genezę przedchrześcijańską i tchną pogaństwem na odległość. Że komercyjne? Zgoda, ale wymienione wyżej „katolickie” święta z ich gigantyczną nadprodukcją cmentarnianych gadżetów wyjątkowo pozbawionych estetyki i umiaru to dopiero komercyjny Everest. Że nie polskie? No z tym trudno polemizować, zważywszy, że wszystkie pozostałe katolickie święta są rdzennie polskie, bo przecież i Matka Boska Polką była i syn jej częściowo też. Więc gdzież tu miejsce dla jakiejś celtyckiej (no właśnie, a nie amerykańskiej!) tradycji?! Ten heliłinowy „zabobon” tak samo mocno przypomina o idei przemijalności i oswaja coś tak abstrakcyjnego i przerażającego jak śmierć jak znicze i chryzantemy na grobach. Jakie pokłady pychy trzeba mieć w sobie, aby uznać wyższość jednej idei nad drugą? Jak pokazuje miłościwie panujący nam Kościół w Polsce - ogromne. DB
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaduszki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaduszki. Pokaż wszystkie posty
sobota, 29 października 2016
W temacie dyni
Halloween kolejny rok działa na nerwy zastępom proboszczów, którzy wściekle atakują „pogańskie rytuały” i „amerykańską komercję”. Niewinna dynia budzi też niechęć ludzi średnio zaangażowanych w katolickie klimaty, którzy paradoksalnie używają tych samych określeń: „to nie nasze święto”, „takie pogańskie”, „skomercjalizowane” itp. O co właściwie chodzi? Jest tyle innych amerykańsko-zachodnio-komercyjnych świąt i imprez, które nie budzą niechęci - choć powinny ze względu na rażący antyestetyzm (patrz: Walentynki) – a na to akurat wszyscy się uparli. Że pogańskie? No nie bardziej niż Wszystkich Świętych i Zaduszki, które mają genezę przedchrześcijańską i tchną pogaństwem na odległość. Że komercyjne? Zgoda, ale wymienione wyżej „katolickie” święta z ich gigantyczną nadprodukcją cmentarnianych gadżetów wyjątkowo pozbawionych estetyki i umiaru to dopiero komercyjny Everest. Że nie polskie? No z tym trudno polemizować, zważywszy, że wszystkie pozostałe katolickie święta są rdzennie polskie, bo przecież i Matka Boska Polką była i syn jej częściowo też. Więc gdzież tu miejsce dla jakiejś celtyckiej (no właśnie, a nie amerykańskiej!) tradycji?! Ten heliłinowy „zabobon” tak samo mocno przypomina o idei przemijalności i oswaja coś tak abstrakcyjnego i przerażającego jak śmierć jak znicze i chryzantemy na grobach. Jakie pokłady pychy trzeba mieć w sobie, aby uznać wyższość jednej idei nad drugą? Jak pokazuje miłościwie panujący nam Kościół w Polsce - ogromne. DB
środa, 7 marca 2012
Żyję w kraju niekończącej się żałoby,
nieustannych zaduszek, pomników i grobowców, rozbuchanej kultury funeralnej,
jakiejś chorej fascynacji cmentarną celebrą.
Ma to oczywiście uzasadnienie kulturowe, silnie związane z religią, ale jest w
tym coś więcej. Pogrzeby przypominają sarmackie pompa funebris, im więcej
przemawiających, składających kondolencje, wyrazy przywiązania do zmarłego, tym
„ładniejsza” ceremonia. Im bardziej zmarły wyrażał wolę , aby pogrzeb był
skromny, tym mniej go słuchano. Zarówno dawnym magnatom, jak współczesnym osobistościom,
a tym bardziej zwykłym zjadaczom chleba nie jest potrzebna ta, pozbawiona jakiegokolwiek
mistycyzmu, nadmuchana impreza, ale kto słucha umarłego? Szczęśliwie można za
niego decydować i pochować np. ks. Twardowskiego wbrew jego woli w monumentalno-
kiczowatym przybytku religijnym.
Człowieka , który był chodzącą skromnością i pokorą wobec próżności świata
tego. Podobnie, zmarła niedawno pani Szymborska, która pragnęła być pochowana
tak jak żyła – bez przesadnego zamieszania wokół swojej osoby. Rozumiem, że trudno
byłoby odmówić wielbicielom jej pisania udziału
w uroczystości, ale już zadęte mowy nad trumną można było sobie darować. To nie
żaden szacunek dla zmarłego nakazuje organizować takie szopki pogrzebowe, to
pycha i rozbuchane ego, czasami zwyczajny prymitywizm ludzi, z którymi często
zmarły nie chciał za życia mieć wiele wspólnego. Teraz można mienić się jego
przyjacielem, powiernikiem myśli, sypać jak z rękawa wymyślonymi na tę okazję
anegdotkami, uronić teatralną łzę, najlepiej do najbliższej kamery. Można wszystko,
bo któż to zweryfikuje, kto zaprzeczy? Rodzina, która zmaga się z bólem i w
dodatku musi słuchać takich farmazonów? Spokojnie można liczyć, że z jej strony
nic nie grozi.
Do tego pojawiła się nowa świecka tradycja, która budzi
zdziwienie cudzoziemców - przydrożne krzyże upamiętniające tragiczną śmierć,
przy których palą się lampki, mocuje się informację kto, kiedy, ile miał lat,
czasem zdjęcie. ?? Do tego dołóżmy
pomnikomanię, często uwłaczającą tym, których chciałoby się uczcić (pierwszy z
brzegu przykład stoi na placu teatralnym w Mieście, Którego Nazwy Nie
Wypowiem). No i wreszcie żałoby narodowe. Gremialne pogrążanie się w smutku po zupełnie nieznanych ludziach. Tylko czemu tych , a nie 15 kolejnych, którzy
właśnie giną na drogach? Opuszczone flagi z kirem, odwołane imprezy kulturalne.
A obok hucpa dziennikarska i sępiarski proceder telewizyjny. Bo jak prezent z
nieba spadł kolejny medialny temat. Wprawdzie przepisowa troska na twarzach
wymalowana, ale błysk w oku dziennikarza, który może zaprosić do studia gości, o
istnieniu których w innych okolicznościach nigdy by się nie pomyślał –
bezcenne. Za wszystko inne hojnie zapłaci stacja. Przypominam długie tygodnie
żerowania na katastrofie smoleńskiej i eksploatację tematu. Tematu śmierci,
która nas jako społeczeństwo dramatycznie podzieliła. To były dni żałoby, które
tylko podkreśliły nasze narodowe obsesje i nierozwiązane problemy. Z równą egzaltacją
przeżywamy każdą żałobę narodową, jak i dumę z powodu wygranego meczu drużyny
narodowej ( to akurat musi pozostać w sferze pragnień narodowych).
Żeby było
jasne - nie przeszkadza mi kir na fladze, ale odwołany spektakl komediowy już
tak. Nie znałam tych ludzi, jest mi ich zwyczajnie, po prostu i po człowieczemu żal, zwłaszcza ich rodzin,
ale dokładnie tak jak wszystkich innych w podobnej sytuacji. Nie widzę powodu,
aby po raz kolejny eksploatować ten gest. Śmierć należy szanować, bo jest składnikiem
życia, ale nie zamieniać jej w odpustowy kicz, bo to nieudolna próba jej
obłaskawienia. Nic z tego. Jej nie da się oswoić. Żadnym pomnikiem, napuszoną przemową,
a tym bardziej narzuconą gromadną żałobą. DB
Subskrybuj:
Posty (Atom)