niedziela, 26 lutego 2012

Tacierzyństwo

 
Urocze i znane chyba w co drugim domu:)  W moim, na ostatnie pytanie, niezmiennie padała odpowiedź – pojechała do Krakowa. Dlaczego akurat tam, nie wiem, ale zawsze wywoływało to niemałą konsternację wśród bachorząt, a wraz z wiekiem – pełne politowania spojrzenia pod adresem odpowiadającego. Niewinny jednak kwejkowy żart ilustruje konkretny stan rzeczy i niezmienność ról społecznych, w które się wtłaczamy. Szczęśliwie ten stan powolutku, ale konsekwentnie się zmienia – wzrasta świadomość ojców, ich niezaprzeczalnej roli w kształtowaniu osobowości potomka od pierwszych chwil. A w związku z tym: urlopy tacierzyńskie (komputer tego słowa nie przyjął!), noszenie dzidziusia w chuście, przez co nie stają się mniej męscy, uczestnictwo w szkołach opieki nad przyszłym  rozwrzeszczanym „skarbem” (w trakcie np. panowie wkładają do nosidełka na brzuchu 10-litrowy baniak z wodą i tak obciążeni próbują sprzątać, wejść do samochodu czy zrobić zakupy w zatłoczonym miejscu – uczy to empatii dla kobiet w ciąży czy matek z dzieckiem i domem na głowie, ale w powszechnej opinii niepracujących przecież),  równy podział obowiązków typu pranie, wstawanie w nocy, kąpiele itd. Odbiór społeczny tego zjawiska jest coraz lepszy, a nawet b. dobry wśród kobiet, które skrajnie różnie traktują inną kobietę z dzieckiem na ręku usiłującą np. ominąć kolejkę i w analogicznej sytuacji mężczyznę, który będzie  w tych okolicznościach budził uczucia sympatii, lekkiego współczucia, może nawet zazdrości , a na pewno wywoła  odruch pomocy. Ale być może i to minie, a tatuś zajmujący się troskliwie  dzieckiem  i odpowiadający na wyżej wymienione  na kwejku pytania ( dziś nadal gł. do mamy) przestanie być zjawiskiem, a stanie się   normą. Młodzi czytający – nie myślicie na razie o potomkach, życie przed Wami (pomyślcie raczej o tym, jak ich teraz nie mieć), ale o swoich przyszłych – różnorakich -  rolach społecznych starajcie się myśleć niekonwencjonalnie .DB

sobota, 25 lutego 2012

Miała pecha, że zginęła


Czytam  i nie wierzę w groteskowość tego, co czytam. Na pierwszej stronie gazety.pl informacja http://wyborcza.pl/1,75477,11233596,Syria__Swiat_patrzy_na_smierc.html, która zbija z nóg. I to z kilku powodów. Sama informacja jest  z oczywistych względów szokująca. Dziennikarski komentarz do niej boleśnie banalny, ale chyba każdy inny brzmiałby równie źle. Druga rzecz to relacja amerykańskiej pani dziennikarki, która używa słów  „serce mi pękło”, a dalej jest tylko banalniej. Dla komercyjnych celów zadaje idiotyczne pytania, czy powinno się pokazywać takie rozdzierające sceny i sama sobie odpowiada, że oczywiście tak, bo to działa uświadamiająco, empatycznie itd. bzdurnie. Oczywiście nie ma to  n i c   wspólnego z podniesieniem oglądalności stacji, dla której się pracuje ani sprzyjaniu chorej ciekawości gawiedzi. I byłoby to tylko wkurzające, gdyby nie tragiczna ironia, że owa dziennikarka ginie dzień później od  takiej samej bomby. Trudno w tej sytuacji utrzymać poprzedni stan irytacji, więc uczucia względem niej ulegają zmianie.  Ale oto w artykule pojawia się kolejny komentarz piszącego dziennikarza, który podważa autentyczność współczucia ww. reporterki wojennej, która w ostatnich chwilach życia wzywała pomoc ( i być może , gdyby nie umarła tak szybko to by ją dostała, a pokazany wcześniej syryjski chłopiec nie) i nieco zepsuła tym faktem swój bohaterski wizerunek. I na koniec błyskotliwy tekst:  ”Marie Colvin miała pecha, że zginęła, i szczęście, że nie zdradziła. Została z malutkim Adnanem do końca”. M i a ł a   p e c h a, że zginęła. Ale w sumie to dobrze się stało, bo ginąc pod gruzami, pozostała wierna temu, o którym wcześniej opowiadała. To dopiero szczęście! Ludzie, co z tym światem jest nie tak? Przyzwyczailiśmy się, że dziennikarze wejdą wszędzie, im bliżej skandalu, cierpienia, upokorzenia tym lepiej. Ale rozprawianie w tym samym miejscu o dwóch tragicznych śmierciach i puentowanie ich słowem PECH, to żenada. Do tego wszystkiego pod tekstem umieszczono info: „Zobacz nagranie przedstawiające śmierć dziecka w syryjskim Homs”, żebyś czytelniku miał swoją dzienną porcję wzruszeń, a obok artykułu „zajawki”: „Gwiazdy już w Hollywood. Wśród nich Holland i Więckiewicz”, „7 dni znajomości i już tatuaż. Na nim twarz wybranka”.
Wysiadam. DB


wtorek, 21 lutego 2012

Co z tą polskością?

Temat jest trochę nieświeży, bo zeszłotygodniowy, ale uwiera mnie, a poza tym jest dobrym powodem, aby nieco pokontrowersić.  A zaczął Palikot, którego wypowiedzianą frazę „Polacy muszą się wyrzec swojej polskości” skomentowano już wszędzie. Mniejsza o samego autora (chociaż trudno byłoby znaleźć kogoś równie nieostrożnego), moją uwagę skupiły komentarze internautów, w 90% bluzgi bez konkretnej treści oraz wypowiedzi publicystów wszelkiej maści, którzy w zależności od charakteru gazety, dla której pisali wyrażali albo oburzenie, albo  zdziwienie, a w najlepszym razie poczucie ironicznej wyższości. Bez względu na osobę i charakter jej wypowiedzi zawsze niepokoi mnie fakt, że wszyscy są tak jednomyślni w ocenie. To niebezpieczne zjawisko. Są sytuacje ekstremalne, które zgodnie z podstawowymi zasadami etyki wymagają tak jednomyślnego potępienia, acz wydaje się, że powyższa do nich nie należy. Co właściwie tak wszystkich wzburzyło? Zwłaszcza że nic więcej z całej wypowiedzi Palikota (wygłoszonej na ubiegłotygodniowym konwersatorium Dialog i Przyszłość, na które byli zaproszeni przez Kwaśniewskiego politycy, ekonomiści i biznesmeni kojarzeni z lewicą, choć nie tylko, również dziennikarze) nikt nie przekazał. Również sam autor na blogu nie wraca do tematu. Czyli jak zwykle – nikt nic nie wie, ale powód do afery dobry. Szczególnie, że słowo „polskość” bez względu na kontekst wywołuje w tym społeczeństwie stan podgorączkowy. A dołożone do niego „wyrzec się” pachnie skandalem i krucjatą. Nie ma znaczenia czy polskość rozumie się jako kulturę, wierzbę płaczącą, historię, chleb ze smalcem, czy "nie rzucim ziemi skąd nasz ród" – zawsze ta sama histeria. Walczyli z nią, niestety bezskutecznie, Juliusz Słowacki i Witold Gombrowicz, dla których patriotyzm zaczynał się tam, gdzie dla większości Polaków się kończy. Próbowali zweryfikować, odnowić pojęcie ojczyzny, odłupać z niego nawarstwienia kompleksów, dziedziczonych wad narodowych, prowincjonalności. Bezskutecznie. Gdyby bowiem odnieśli choć śladowy sukces, nie znalibyśmy dziś scen rodem z Krakowskiego Przedmieścia. Gombrowicz walczył z prymitywnie pojętą polskością, polegającą na przytulaniu się do pustych symboli, mierzeniu swojej współczesnej wartości  sukcesami spod Grunwaldu czy Sienkiewiczem odbierającym Nobla, lub też obroną katolickich wartości, które nigdy nie przeszkadzały uprawiać hipokryzji, kłamstwa i podnosić ręki na  bliźniego – Polaka o nieco innych poglądach.  Chciał widzieć Polaka bez manii „przechwalania się Polską, robienia Polsce propagandy, puszenia się polską literaturą lub geniuszami, których wydaliśmy (…)”[1]. W Przedmowie do najbardziej przez rodaków znienawidzonej książki pisarza Trans – Atlantyku pisał: „Szło by tu zatem o bardzo daleko posuniętą rewizję naszego stosunku do narodu.(…) Rewizję, notabene, o charakterze uniwersalnym – gdyż to samo zaproponowałbym ludziom innych narodów, bo problem dotyczy nie stosunku Polaka do Polski, ale człowieka do narodu”. Narodu, który Gombrowicz oceniał jako zbiorową przemoc wobec jednostki, polegającą na konieczności poddawania się tej dumnie, ale pusto jak cymbał brzmiącej polskości w obawie przed agresywnym zarzutem braku patriotyzmu. Czy krytyka narodu lub namawianie obywatela, aby stał się bardziej człowiekiem a mniej Polakiem to zdrada? „Cóż wart jest naród złożony z ludzi sfałszowanych i zredukowanych? Z ludzi, którzy nie mogą pozwolić sobie na żaden szczerszy, swobodniejszy odruch z obawy, by im się ten naród nie rozpadł?”[2] „Oto mój pogląd . Jest to pogląd jak każdy inny – słuszny lub niesłuszny. Jak widzicie nie obwijam  moich opinii w bawełnę, przeciwnie, chcę, aby ukazały się wam w całej swojej bolesnej i nawet tragicznej ostrości”[3]. Z żyjącym Gombrowiczem mało kto podjął merytoryczną dyskusję, zrobiono mu natomiast gębę potwora, renegata, zdrajcy. To dokładnie inwektywy, jakie dziś można wyczytać w komentarzach internautów – p r a w d z i w y c h patriotów pod wypowiedzią Palikota lub kogokolwiek, kto poważyłby się na bluźnierczą krytykę zastanych narodowych świętości.                            
A tak myślę sobie, że jedną z  takich realnych świętości powinna być  uprawiana na co dzień poprawna polszczyzna, chroniona przed nadmiarem potoczyzmów, anglizmów, wulgaryzmów, bez rażących błędów fleksyjnych, bez ubóstwa leksykalnego. O taką narodową świętość warto  zadbać, to iście patriotyczny gest (jeśli ktoś potrzebuje wsparcia autorytetu to namawiał już do tego Krasicki) i będzie z tego więcej pożytku niż  odmienianiu słowa polskość przez całą deklinację.
Życzę tego sobie w dzisiejszym Dniu Języka Ojczystego. DB                                                                                        






[1],[3] W. Gombrowicz, Gęba i twarz,
[2] W Gombrowicz, Przedmowa do Trans-Atlantyku

niedziela, 19 lutego 2012

Dzień Kota


Właściwie, jestem psiarą. Od ósmego roku życia. Koty pojawiły się w moim życiu mniej więcej dziesięć lat później. I teraz jestem posiadana przez dwie kotki i mam psa.
Życie z kotem to materiał na książkę. Wszyscy, którzy są pupilami swoich kotów mogliby napisać o swoich właścicielach grube tomy. Potwierdza to ogromna ilość blogów o kotach.

Kot to sama gracja. Figurka ze złączonymi łapkami i ogonem owiniętym wokół nich jest siedzącą doskonałością. To się zmienia, kiedy postanawia nagle ruszyć w szalony galop po pokojach z wygiętym ogonem, położonymi uszami i amokiem w oczach. Szczególnie interesujący jest trening driftingu, który najlepiej uprawia się nocą:




W tajemniczy sposób  mięciutkie i ciche zwykle kocie łapki tupią wtedy po podłodze jakby zaopatrzone były w kopyta. No i pory, jakie wybiera sobie na pogłaskanie swoich ludzkich pupili. Kiedy coś piszą/rysują. Kiedy rano robią makijaż. Kiedy robią coś przy komputerze/laptopie. Zaczyna się wtedy wypełnione mruczeniem wchodzenie na kolana, albo stół, łażenie w te i z powrotem i przeciąganie ogonem pod nosem, ugniatanie kolan, zakończone ułożeniem się na kartkach, klawiaturze i miłosnym spoglądaniem  przymrużonymi oczami. Ludzki pupil najczęściej protestuje, ale tylko chwilę, pokonany przez mruczące wyznanie, rozczula się i głaszcze leżącego na ważnych papierach puchatego kloca. 




Nieskończona jest pomysłowość kocia w przyjmowaniu pozycji podczas odpoczynku. Począwszy od rozkosznego kłębuszka, przez rozciągnięte na całą długość kocie jestestwo, skończywszy na pozycjach, których nie podejmuję się nazwać. Słownictwo moje jest zbyt ubogie. 


Zdumiewająca ciekawość, która każe kotu wejść do każdego pudełka, torby pozostawionych gdzieś nieopatrznie, o pralce, karniszu, najwyższej półce nie wspominając. Jedną z niezwykłych kocich umiejętności jest zdolność do kompresji, w wyniku której pięciokilogramowy kot mieści się w maleńkim pudełeczku i nie wystaje mu z niego ani jedna łapka czy ogon.

No i złota albo zielona tajemnica kryjąca się w kocich oczach. Cały język spojrzeń, od rozczulających wielkimi źrenicami, po przymrużone, patrzące z wyraźną pogardą, ewentualnie PACZĄCE.

Jestem psiarą, ale uwielbiam koty.


PS Z kotami jest jednak problem. Społeczny. Jest ich za dużo, mnożą się błyskawicznie, jedna kotka może w ciągu całego swojego życia wydać na świat KILKASET kociąt. Nie staram się nawet wyobrazić sobie sposobów eksterminacji tych zwierząt. Dlatego apeluję: STERYLIZUJCIE! KASTRUJCIE! Kociego nieszczęścia jest na świecie mnóstwo.


PS2 To miał być post o związku pomiędzy życiem z kotem a wyborem zawodu pisarza, ale nie wyszło. Może innym razem.
AJ

czwartek, 16 lutego 2012

No comments?

Zaniepokojone brakiem komentarzy, podejrzewamy, że są problemy z ich publikowaniem. Prosimy o informację na e-mail, jeśli tak jest i ewentualnie podpowiedź, co może być tego przyczyną, bo nie wiemy. Nasz adres: agador93@gmail.com

środa, 15 lutego 2012

Pada sobie śnieg, czyli globalny parodoks


Jest sobie zima, więc jest zimno, więc pada sobie śnieg. Nie jest to jednak tak oczywiste  i akceptowalne jakby się z pozoru wydawało. Jesteśmy wobec tego meteorologicznego faktu bezradni, zaniepokojeni, zdziwieni, wściekli i jacyś tam jeszcze. Człowiek na drodze ewolucji miał dostatecznie dużo czasu, aby przystosować się do określonych warunków atmosferycznych, jednak jak się okazuje jesteśmy totalnie bezbronni w obliczu zjawiska, jakim jest śnieg w zimie! Buty, które kupiliśmy n a   z i m ę przemakają, kurtka jest ocieplana, ale  nie ociepla, drogi nieogarnięte, pociągi dramatycznie spóźnione ( chociaż w lecie nie jest inaczej), samochody nie chcą odpalić, ewentualnie się otworzyć (moja „żabka” nie robi żadnych fochów), jednym słowem zimowy armagedon. Co jest? Przecież co roku po jesieni powinna pojawić się zima i zgodnie ze wszystkimi normami (nawet unijnymi) się pojawia. Czemu więc jesteśmy tak zaskoczeni i nieszczęśliwi? Bo nabito nas w butelkę! Tyle gadania o globalnym ociepleniu, które tylko pozornie musi mieć coś wspólnego z patelniowym  krajobrazem. Właśnie to ocieplenie „powoduje topnienie lodów arktycznych i to właśnie poprzez zaburzenie ruchów atmosfery spowodowane topnieniem, możemy mieć gigantyczne problemy w przyszłości.” To cytat z http://globalneocieplenie.pl/. Paradoks. Moja logika nie przyjmuje do wiadomości, że im cieplej tym zimniej.

DB
I tylko mój pies jest szczęśliwy. A jego powiewające na wietrze uszy jeszcze bardziej!