środa, 31 października 2012

Niepoprawna dynia

Od lat uczę literatury i choć wiele mówi się o nieprzystawalności kanonu lektur do życia to na upartego można się jednak nimi podeprzeć w ocenie współczesnej rzeczywistości. A dziś rzeczywistość owa mnie znów zaskoczyła i  jednocześnie nasunęła mi literacką analogię. Otóż w znienawidzonym przez młodzież romantyzmie mówi się głównie o niej – młodości - w samych superlatywach. Staje się kategorią moralną wskazującą na same pozytywne cechy tego wieku – buntowniczość, siły w pokonywaniu barier, nieszablonowe myślenie, chęć radykalnych zmian, nonkonformizm i wierność sobie. Rozumiem dlaczego współczesna młodzież nuży się tą epoką – po prostu nie wie o co chodzi, bo wyżej wymienione cechy są jej absolutnie nieznane. Bardziej odpowiada wizerunkowi  owych starców z „Ody do młodości” – tępota spojrzenia, gnuśność, bezmyślność. Uprzedzam, że daję sobie prawo do generalizowania, zwłaszcza po dzisiejszym dniu. W naszej szkole miało się odbyć, podobnie jak w ubiegłym roku, święto dziadów, czyli tak naprawdę konkurs plastyczny pod hasłem: kto wydłubie coś z dyni i kto się oryginalnie przepoczwarzy na okoliczność helołin. Niestety w ostatniej chwili samorząd zdecydował, że to święto nie wywodzi się z naszej tradycji i osoby religijne źle patrzą na takie zabawy, więc imprezę odwołano (!). To, że zabawa helołinowa nie wywodzi się z naszej tradycji to chyba wie już przedszkolak, że jest pogańskim świętem celtyckim to też wiadomo, ale , że jest antychrześcijańskie to już wymysł zupełnie dzisiejszy! Namnożyło się egzorcystów, którzy próbują nas chronić a to od Harrego Pottera, a to od horoskopów, homeopatii, biżuterii ze Wschodu, imprez halowych, koncertów metalowych, święta andrzejkowego (bo wróżby) i oczywiście helołin*. A jakoś pogańsko-germańska choinka w święta nie przeszkadza. „Dziady” Mickiewiczowskie (obrona pogańszczyzny) to dobro narodowe, a dłubanie w dyni i stawianie w niej świeczki za dusze czyśćcowe i przekonywanie, że po śmierci coś jeszcze istnieje to szatański pomysł. Tylko jakoś tak bardzo podobny do zaakceptowanej powszechnie ceremonii stawiania tychże świeczek na grobach! Ale najbardziej mnie dziwi reakcja młodzieży właśnie, która sympatyczną imprezę deprecjonuje w imię jej rzekomo antypolskotradycyjnego i antychrześcijańskiego charakteru. Mam nadzieję, że ta część młodzieży będzie pamiętać, że tak ulubione przez nią walentynki również są świętem obcym naszej narodowej kulturze. Ale za to nie zapomi pamiętać o 11 listopada, 2 kwietnia, 3 maja, 15 sierpnia itd. Zadumy przy nich sporo, zabawy zero, ale za to i narodowo i religijnie. DB

*cytuję z artykułów o egzorcystach polskich  w "Polityce" i "Wprost"

sobota, 20 października 2012

Szanowna redakcjo!

Skończyłam właśnie cosobotnią celebrę, w której swoje stałe miejsce znajduje lektura weekendowej Wyborczej, z WO na czele. To bardziej przyzwyczajenie niż potrzeba, bo pismo zawodzi z miesiąca na  miesiąc coraz bardziej. Czytam je od początku istnienia, ale dziś WO budzą moje zdziwienie i pytanie kto jest  właściwie odbiorcą tej gazety. Dla mnie było to jedyne pismo o feministycznym nachyleniu , które mogło (acz w praktyce  się nie udało) trafić pod strzechy. Miało rozjaśniać w głowach myślącym, ale nieco pogubionym kobietom, które zaczynają wprawdzie rozmowę od tekstu "ja nie jestem feministką, ..." ale w gruncie rzeczy można liczyć na ich  samodzielne myślenie.  Ale w WO pojawiają się takie dziwne kwiatki jak np. list Wiesława z tego tygodnia (20.10), którym redakcja strzela sobie w stopę. Albo próbuje udawać, że tworzy baaardzo otwarte pismo i publikuje również baaardzo odmienne stanowiska. Tylko czy to jest w porządku wobec kobiet, dla których żąda wspomnianych poniżej parytetów i niezależności, w tym finansowej? Pan Wiesław pisze: "[żona] nie zawdzięcza swojego zadowolenia ruchom feministek nawołujących do parytetów (...) w uproszczeniu antagonizujących mężczyzn i kobiety". Niech mu będzie, ale dalej opisuje jak wyznacza żonie ryczałt na zakupy, jak większe wydatki musi z nim uzgadniać, jak wyznacza jej 10 minut na wyrzucenie z siebie skarg, ale też podkreśla jej zalety: jaka czyściutka, tolerancyjna, pracowita. I jeszcze jak bardzo p. W. musi się hamować, żeby nie powiedzieć jej nic przykrego, bo wiadomo, że "jest niereformowalna i dyskusja nad jej decyzjami nie ma sensu". I na koniec ten stan rzeczy nazywa tolerancją. A redakcja  daje tytuł "Sposób na dobry związek", a autorowi perfumy. Na pocieszenie żonie także. No brawo! Gratuluję dobrego samopoczucia, zwłaszcza w kontekście artykułu na kolejnych stronach o przemocy domowej. No ale list pana W. przecież nie ma z tym nic wspólnego, prawda? Pani Paulino , napisała Pani takiego zgrabnego wstępniaka, czego więc przykładem ma być tak beznadziejny list? O co chodzi? Podobnego samobója strzeliły sobie poprzednie WO Ekstra drukując felieton Mikołejki o wózkowych. Fajnie, drogie kobiety dziennikarki, w imię szeroko pojętej otwartości, dajecie życie szowinistom (jak ten powyżej) lub nadętym intelektualistom, którzy mogą bredzić głupoty z poczuciem wyższości, bo kobiety onieśmielone ich intelektem zgodzą się na publikację krytyki samych siebie. I dlatego panowie nie muszą zakładać pism tylko dla siebie, o ich dobre samopoczucie i wysokie ego zadbają same kobiety,  nawet w tak ironicznie traktowanych przez niektórych z nich WO. Z poważaniem DB


  * rysunek pożyczony  z bloga

wtorek, 16 października 2012

Pogratulujmy sobie Narodowego!

To co wydarzyło się dziś na Narodowym, określane przez dziennikarzy , komentatorów i kibiców jako żenada, kuriozum, kompromitacja, obciach, hańba (niedawno takie same określenia padały przy okazji afery z trumnami smoleńskimi) ma dla mnie wymiar symboliczny. Ten zatopiony stadion i tysiące zawiedzionych ludzi, którzy ZAPŁACILI za bilety to symbol tego kraju – marnotrawstwa, bezmyślności , braku przewidywalności rzeczy i zjawisk przewidywalnych, braku odpowiedzialności osób decyzyjnych i ich nieporadności wobec czegoś tak „zaskakującego” jak…deszcz w październiku! I jeszcze bezczelności, aby prymitywnie szukać dla siebie usprawiedliwienia. Regularne wystawianie się na pośmiewisko to oznaka masochizmu narodowego. Przez wieki neutralizowanego groteskowym humorem, ale hasło "Barejowski miś wiecznie żywy" już coraz mniej bawi. Nie ma się co cieszyć ze słomy wyłażącej już nie tylko z butów, ale i z samego centrum stolicy. Która sobie nawet metra nie umie zbudować, żeby nie zawalić połowy miasta! DB

poniedziałek, 15 października 2012

Sobie w Dniu Belfra

Z okazji DEN, czyli m.in. w Dniu Belfra otrzymałam kilka standardowych życzeń, mniej lub bardziej szczerych (te ostatnie raczej od absolwentów - wszak niczego już od człowieka nie chcą, niczego nie muszą). A teraz zastanawiam się, czego chciałabym pożyczyć sama sobie po tylu latach siłaczkowej pracy? No cóż, dziecięca naiwność to już bezpowrotnie stracona, ale tym bardziej życzę sobie WIARY: 
-w podopiecznych, żeby nie infantylnieli, 
-w możliwość stałego kontaktu z nimi, zanim przestanę nadążać, 
-w sens nauczania o sonetach, dystychach, egzystencjalizmie, judymach i konradach, 
-w to, że kiedyś będziemy mieć sensownego ministra oświaty
-że nie osiągnę zbyt szybko stanu bohatera z "Dnia świra".
Poza tym zdrowia, żeby nie skończyć jak Stasia Bozowska, humoru, żeby znosić złośliwości i impertynencje tych, którzy nigdy nie będą mieć wakacji, a zazdroszczą, trochę miłości własnej, bo na ciepłe uczucia społeczeństwa lepiej nie liczyć i wreszcie niekończącej się (na razie) frajdy z faktu wykonywania tej roboty. Tego samego życzę wszystkim innym belfrom w ich belferskiej codzienności:) DB.
A na koniec nie mogę jednak sobie odmówić westchnienia Adasia Miuczyńskiego. Mimo wszystko: Osiem lat podstawówki, cztery liceum, potem pięć bite studiów, dyplom z wyróżnieniem, dwadzieścia lat praktyki - i oto mi płacą. Jakby ktoś dał mi w mordę. Ja p*, k*!...
O bracia poloniści, siostry polonistki, sto trzydzieścioro było nas na pierwszym roku! Myśleliśmy, że nogi Boga złapaliśmy... że oto nas przyjęto do szkoły poetów! "Szkoła poetów", Dżizus, k*a, ja p*ę! Przez pięć lat - stron tysiące, młodość w bibliotekach. A potem - bida, bida i rozczarowanie! A potem beznadzieja i starość pariasa, i wszechporażająca nas wszystkich pogarda, władzy od dyktatury, aż po demokrację, która nas, kałamarzy, ma za mniej niż zero! Dlaczego władza każdej maści ma mnie za nic?! Czy czerwona, czy biała, jestem dla niej śmieciem, k*a! Pod każdą władzą czuję się jak kundel! Czemu nie jestem chamem ze sztachetą w ręku? Ktoś by się ze mną liczył gdybym rzucił cegłą!... A przecież stanowimy sól ziemi... Tej ziemi! Mimo że nie jesteśmy prymitywną siłą, dyktaturami zawsze wstrząsają poeci! Wtedy nas potrzebują, zrozpaczone masy, które nie widzą dalej niż kawał kiełbasy!.

piątek, 12 października 2012

Kabaret to nie dom publiczny

Nieporozumienia , czasem awantury wokół balu studniówkowego są normą. Kłócą się uczniowie, sprzeczają rodzice, czasem tak skutecznie, że ktoś się obrazi, ktoś odmówi współpracy, inny ktoś zagrozi, że nie przyjdzie na bal. Szczęśliwie zawsze, wszystko dopięte na ostatni guzik, kończy się happy endem i wszyscy z ulgą przyjmujemy wzorowe odtańczenie poloneza oraz resztę studniówkowego niezmiennego repertuaru. Emocjom zresztą nie ma się co dziwić, to jedyna taka impreza w liceum i ostatnia w cyklu kształcenia. Nic więc i mnie w tej kwestii nie dziwi, niemniej dziś jednak dałam się zaskoczyć. Otóż w tym roku najwięcej kontrowersji budzi temat balu. Nie chcąc zdradzać postronnym osobom wszystkich szczegółów, napiszę, że związany jest z największym i najbardziej znanym kabaretem na świecie. Rozumiem, że pomysł nie musi się podobać, wszak o gustach trudno dyskutować, ale najbardziej zastanawiającym argumentem "przeciw" było stwierdzenie, że temat jest …niestosowny. Nieco mnie to zdziwiło w ustach młodych ludzi, nie podejrzewałam ich o aż tak daleko idący purytanizm, ale kiedy usłyszałam go z ust rodziców, mocno mnie zastanowiło, o co właściwie chodzi. I tu w sukurs  przyszedł mi znajomy, który zorientował się, że nie wszyscy kojarzą pojęcie . Ów znany kabaret wzięty został przez niektórych za dom publiczny! Reakcja oburzenia jest więc jak najbardziej na miejscu. Brawo dla obrońców moralności przestrzeni publicznej! Zakładam, że oburzeni zajrzeli do jakichkolwiek źródeł, aby sprawdzić co zacz, ale jeśli tym źródłem były Google to pierwsza informacja dotyczy filmu o rzeczonym miejscu i rzeczywiście sugeruje skojarzenie ze światem kurtyzan i więcej niż lżejszych obyczajów. Chciałoby się krzyknąć za bohaterem „Jądra ciemności”: zgroza! Tymczasem kabaret ten to miejsce ekskluzywne, wytworne, związane ze sztuką i rozrywką zarazem, a więc spełniające warunki bycia INSPIRACJĄ dla imprezy studniówkowej. Nie ma potrzeby, a wręcz nie jest wskazane, dostosowywanie stroju do wizerunku tancerek kankana. Który na marginesie często bywa tańczony na studniówkach i jakoś nikt z konserwatywnej szanownej młodzieży nie oponuje. Temat można zmienić, trzeba tylko coś zaproponować, poza pretensjami, ale może należałoby zmienić swój poziom elementarnej wiedzy o świecie, albo przynajmniej nabyć odruch doedukowywania się. W końcu nie wszystko musimy wiedzieć, ale wszystko możemy poznać. Warunkiem jest dobra wola i nieustające poczucie żenady z powodu niewiedzy, a nie jak dotychczas arogancja, którą pokrywa się własną ignorancję. DB

czwartek, 11 października 2012

Witaj Jaśko!

Dziś (już wczoraj) w godzinach wczesnorannych moja współblogowiczka porodziła syna. A na imię dano mu Jaśko.
Witaj Jasiu w tym dziwnym, zakręconym, pospiesznym, ale wciąż jeszcze fascynującym świecie. Dane Ci będzie żyć w czasach  już dziś  trudno przewidywalnych  dla nas, ale na pewno nie braknie Ci wrażeń. Wśród 7 miliardów mieszkańców tej planety znajdziesz swoje miejsce i na pewno poczujesz się w nim jak u siebie, o co już zadba Twoja mądra mama. Jakoś Ci ten świat wytłumaczy. Zresztą wszyscy jesteśmy do usług. Kochamy przecież dawać rady:) Z piszącą ten tekst na czele.
Ps. I nie martw się, że urodziłeś się w Mieście Którego Nazwy Nie Wypowiadamy - zawsze mogło być gorzej. To akurat będzie proste do naprawienia. DB.