niedziela, 30 września 2012

Podpalmy sobie psa

Sobotni przegląd prasy upłynął mi w poszukiwaniu inspiracji do trochę bardziej niż zwykle optymistycznej refleksji o  świecie. I nawet udało się, dwa świetne wywiady z mądrymi kobietami podniosły mnie na duchu. Ale los jest  cyniczny – parę minut temu trafiłam na sierpniową wprawdzie informację, ale to bez znaczenia, przy której dosłownie krew mnie zalała: 27-latek ze Wschowy wyrzucił swojego psa przez okno mieszkania na drugim piętrze. Prokuratorzy oskarżyli go o znęcanie się nad zwierzęciem ze szczególnym okrucieństwem. To oczywiście wywołuje wstrząs, ale dopiero dalsza część artykułu przyprawia o zawrót głowy. Otóż sprawę skierowano do sądu, gościowi groziły 3 lata, ale sędzia uznał zaistniałą sytuację za …incydent. W uzasadnieniu wyroku: Wyrzucenie psa na beton z 10. piętra można by porównać do takich zachowań, ale upuszczenie psa na teren ogródka z drugiego piętra już nie (…)Chwilowy ból fizyczny, brak cierpienia emocjonalnego psa z jednej strony, a z drugiej strony nerwowe zachowanie pod wpływem impulsu ze strony oskarżonego, bez szczególnego nastawienia na umyślne zadawanie bólu fizycznego lub cierpień moralnych sprawiły, iż sąd nie mógł przypisać oskarżonemu przestępstwa znęcania. Zrobił on tylko tyle i aż tyle, że pod wpływem zdenerwowania wyrzucił psa do ogródka z drugiego piętra. Jest to zachowanie naganne moralnie, ale nie wyczerpało znamion artykułu ustawy o ochronie zwierząt. Chwilowy ból fizyczny, impuls ze strony oskarżonego, zrobił on tylko tyle!! Chyba wzrok mnie mami. Jeżeli wymiar sprawiedliwości tak bredzi, to nie zachodźmy w głowę, dlaczego matki mordują dzieci. Bo będąc same dziećmi być może podpalały koty na podwórku albo  przywiązywały swoje pupile do drzewa, gdy się znudziły i nikogo to nie obeszło. Pamiętam sprawę młodych, rzekomo poczytalnych (czytaj: tzw. normalnych) ludzi, którzy utopili  w Tatrach małego niedźwiadka, tłumacząc się, że ich zaatakował. (Szczęśliwie sąd wykazał się większym rozsądkiem i skazał idiotów). Matka jednego z nich broniła go argumentem, że ukamienowanie zwierzęcia i utopienie go było obroną konieczną. Jak dorosną to może utopią swoich starych dziadków albo będą prać współmałżonków, a biegły sądowy stwierdzi, że to z poczucia skrzywdzenia przez sędziego od niedźwiadka. Nie oszukujmy się, że ktoś kto nie zawaha się polać benzyną i podpalić zwierzę, nie zrobi tego bliźnim. Jeżeli kontakt ze słabszym wywołuje agresję, to nie ma znaczenia, czy tym słabszym jest chomik, czy człowiek. Dlaczego jednak w cywilizowanych społeczeństwach  prawo reguluje takie sytuacje, a w naszym Zangaro jak zwykle - incydent? DB

PS. Lipiec 2011. Z bloku przy ul. Ogrodowej w Zielonej Górze, ktoś wyrzucił przez okno psa. - Miał otwarte rany czaszki. Krwawił z okolic oczu. Pod pękniętą w kilku miejscach kością czaszki odkryto dużego krwiaka - opowiada Bartosz Krieger, starszy inspektor ze Straży Ochrony Zwierząt. Nie wiem co na to pan sędzia.


niedziela, 23 września 2012

Obnażone księżyne kolana vs różowy czołg

Mijający właśnie tydzień obfitował w mediach, jak zwykle zresztą, w same dramaty. Pogrzeb 5-letniej Klaudii zakatowanej przez rodzinę zastępczą, śmierć 7-letniej dziewczynki z rąk, rodzonej tym razem, matki, szperanie w grobach ofiar katastrofy smoleńskiej, minister sprawiedliwości, który  ma w nosie prawo i jeszcze ksiądz z obnażonymi kolanami, z których radosna dziatwa zlizuje coś. Oczywiście fakt, że te, a nie inne wiadomości stały się newsami to tylko zasługa przemyślnej, acz wciąż nie do końca zrozumiałej dla mnie, polityki mediów. Jasne, że informacje złe są bardziej medialne, łatwiej sprzedawalne, wzbudzające natychmiastową reakcję odbiorców. Ale przecież równie pociągające mogą być wydarzenia z happy endem, czego przykładem jest wieńczący tydzień news o ślubie córki byłego prezydenta! Ekscytowało się tym trzy czwarte kraju i było miło, i gawiedź miała co komentować – zarówno entuzjastycznie, jak i w stylu klasycznym, czyli zjadliwo-złośliwie. A przecież w mijającym tygodniu zdarzyło się też: w Gdańsku urodziły się czworaczki – zdrowe dziewczynki, Coldplay zagrał podobno świetny koncert w Warszawie, stojący od 27 lat czołg w Wołominie pomalowany został przez nieznanych pacyfistycznych sprawców na różowo. Medialne? Niezbyt, ale za to mniej stresujące. Po co mi kolejna informacja o durnym ministrze, który non stop popełnia gafy, nie przesadzajmy z doniosłością księżynych kolan wysmarowanych śmietaną zlizywaną przez dzieciarnię. Jak są głupie to ich sprawa, a jeśli ktoś chce zwrócić uwagę na seksualne afery w kościele to było ku temu wiele lepszych okazji, których media jakoś nie pociągnęły, na przykład do prokuratury.  Jesteśmy samonienawidzącym się narodem, sfrustrowanym do granic możliwości. Może w ramach terapii należałoby obowiązkowo codziennie aplikować mu neutralne wieści, co skutkowałoby np. mniejszym poziomem dzieciobójstwa? Propozycja dla ministra Gowina w nadchodzącym tygodniu. DB.
   
                                                             

sobota, 15 września 2012

Welcome to Zangaro

Jest w „Psach wojny” taka scena, gdy Christopher Walken grający najemnika, przylatuje  do afrykańskiego kraju i na lotnisku zostaje kulturalnie ograbiony przez miejscowego celnika. W trakcie rewizji urzędnik „sprawiedliwie” dzieli zawartość walizki i kieszeni bohatera, a na koniec stemplując paszport z cynicznym uśmiechem wita w Zangaro. Kraj jest fikcyjny, ale w kontekście całego filmu stał się symbolem bezprawia i kacykostwa. Opisana scena nieodmiennie przychodzi mi na myśl , gdy czytam o absurdach w naszym rodzimym Zangaro. Wystarczy z ostatnich kilku dni zestawić takie oto fakty: prezes Sądu Okręgowego w Gdańsku Ryszard Milewski daje się wmanewrować jak dziecko podrzędnemu (i żądnemu sławy) dziennikarzowi i choć czuje się wykorzystany to nie pierwsza podejrzana sprawa, w jaką się wpakował. No cóż, kancelaria pana premiera to siła, wobec której nawet niezawisłość pana sędziego mięknie. Drugi, równoległy fakt, to ogłoszenie „sprawiedliwego” wyroku w sprawie mafii pruszkowskiej. Na około 200 postawionych zarzutów ponad połowa zakończyła się uniewinniająco, bo prokuratura nie przyłożyła się, wg pani sędzi, do  zebrania profesjonalnego materiału dowodowego. Co tam mafia , za to  w tym samym tygodniu skazano twórcę portalu antykomor.pl. Roberta Frycza, oskarżonego o znieważenie prezydenta. Uznano go  za winnego i skazano na karę ponad roku  ograniczenia wolności z obowiązkiem wykonywania 40 godzin prac społecznych miesięcznie. Co ciekawe facet miał też postawiony zarzut fałszowania dokumentów i od tego go uniewinniono. Strona obrażająca pana prezydenta była beznadziejna, ale ilość beznadziejnych i żenujących treści pod adresem różnych ludzi jest w Internecie oceanicznie wielka, a jakoś ABW  nie pakuje się wszystkim obrażającym innych do mieszkań nad ranem i  nie konfiskuje komputerów. 
Zestawienie tych faktów jest być może nadużyciem, może nawet demagogią, ale trudno mi z pozycji przeciętnego odbiorcy coraz absurdalniejszej rzeczywistości, oprzeć się wrażeniu, że  Temida w tym kraju, oprócz tego, że standardowo ślepa,  częściej bywa indolentna albo cyniczna. DB

poniedziałek, 10 września 2012

Matki i inwalidzi kontra profesor i polityk

Dwie informacje, z pozoru dość odległe.
1. Prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii, humanista, pisze do  Wysokich Obcasów Extra tekst w stylu monologu Adasia Miauczyńskiego, jak to przeszkadzają mu w życiu matki z wrzeszczącymi bachorami, rozpychające się wózkami, zaniedbane intelektualnie, depczące jego podblokowy trawnik, łączące się przy tym w „stadne formacje”. Felieton wydał mi się groteskowy i z przymrużeniem oka, choć dziwił w takim piśmie. Profesor jednak rozwinął temat w radiu i zrobiła się z tego publiczna pyskówka z użyciem wojennej retoryki. Nie chodzi o to, żeby ”świętości nie szargać”, ale opowiadanie o matkach (wobec których to państwo jest już dostatecznie opresyjne), że swoją i potomków obecnością, w swej bezmyślności i zadufaniu zatruwają życie pragnącym spokoju filozofom/profesorom, którzy sobie na niego ciężko zapracowali (w przeciwieństwie, oczywiście, do nic nierobiących, puszących się swym macierzyństwem kobiet) jest zwyczajną małostkowością. 
2. Janusz Korwin-Mikke, publicysta, polityk, poseł, pisze na swoim blogu:  Każdy ma prawo uprawiać dowolne ćwiczenie fizyczne i urządzać dowolne zawody. Można się tylko cieszyć, że inwalidzi też organizują zawody. Ze sportem nie ma to jednak wiele wspólnego – równie dobrze można by organizować zawody w szachy dla debili;
Cywilizacja europejska, która panowała nad światem, stawiała na najmądrzejszych, najsilniejszych, najinteligentniejszych, najszybszych – a obecna anty-cywilizacja za najważniejsze uważa forowanie biednych, głupich, niezaradnych – i również inwalidów;
Ludzie z defektami odruchowo starają się je ukrywać. Inni starają się takich ludzi unikać. Kiedy kobieta ma pryszcz na twarzy – stara się nie wychodzić z mieszkania. Podobnie z inwalidami; I nie chodzi o estetykę: w społeczeństwie obowiązuje zasada: „Z kim przestajesz, takim się stajesz”, więc i oglądanie – godnych podziwu skądinąd - wysiłków para-sportowców może przynieść - przejściowe, na szczęście - zaburzenia w motoryce.
Byli już tacy wielcy estetycy historii, co proponowali ukrywanie „innych” w obozach koncentracyjnych. Ale za takie porównanie pan Korwin –Mikke obraża się i pozywa do sądu.
Oba teksty napisali ludzie wybitnie inteligentni, wykształceni, bystrzy obserwatorzy  rzeczywistości, niepoprawni politycznie – jak o sobie piszą. Tym bardziej mnie one przerażają. Dla tych panów dzielenie przestrzeni publicznej z ludźmi odbiegającymi od ich estetycznych wyobrażeń jest ogromnym dyskomfortem. Niestety cywilizacja europejska, na którą powołuje się pan K-M, owszem stawiała na najsilniejszych i najszybszych, ale w czasach Sparty, dziś wyznacznikiem ucywilizowania jest właśnie stosunek do słabszych, mniejszych, innych. I jak się okazuje w tej kwestii nie zeszliśmy jeszcze z drzewa. No, ale w końcu  siedzimy na nim z profesorem  i politykiem.DB

czwartek, 6 września 2012

Religijna zagadka

Początek roku szkolnego to  (oprócz dramatów wypisanych na twarzach podopiecznych, że to stało się już)  konieczność składania różnego rodzaju deklaracji. Dotyczą one wyboru kół zainteresowań, przedmiotów zdawanych na maturze, uczestniczenia w zajęciach przygotowania do życia w rodzinie (co za durne hasło!), wychowania fizycznego i wreszcie lekcji religii. Ten ostatni przedmiot budzi najdziwniejsze reakcje i jego temat wałkowany jest od czasu do czasu w mediach, ale raczej ostrożnie, bo zawsze kończy się zarzutem świętej inkwizycji, że to brutalny atak na kościół/ wiarę. Nie  ma więc sensu odgrzewać niezdrowej dyskusji, ale mnie interesuje – z własnego podwórka - dlaczego tak mała część uczniów uczciwie rezygnuje z uczestnictwa w tych lekcjach, a tak duża wciąż deklaruje to uczestnictwo. Jednocześnie nie szanując ani prowadzącego, ani przedmiotu, ani wreszcie kolegów, którzy akceptują taką formę zajęć, nie wspominając o „mieniu szkolnym”, intensywniej niż na innych lekcjach niszczonym. Lekcje religii to chaos, wychodzenie z sali, totalna nonszalancja w zachowaniu, brak zainteresowania. To ostatnie akurat spotykam na większości lekcji, ale nie tak ostentacyjne. A przecież każda lekcja religii zaczyna się modlitwą, czyli jakiegoś rodzaju wyciszeniem, rozmową, refleksją…? Wiem, że to argument poniżej pasa, ale sam się prosił o użycie.

Czytam wywiady z księżmi – intelektualistami (to ważne doprecyzowanie), pracującymi w szkole. Opowiadają horrory, są bezradni, nieprzygotowani do kontaktu ze współczesnym uczniem. Takim, który przychodzi na religię i pod nosem mruczy pod adresem księdza: pedofil. Ale jeśli ktokolwiek spróbuje rozmawiać z nim np. o wyprowadzeniu tych zajęć ze  ś w i e c k i e j    w końcu szkoły to narazi się na niemniej obraźliwe określenia.  Ten uczeń nie zna podstawowych informacji z Biblii, nie uczestniczy w żadnej dyskusji, chyba że prowokującej do okazania bezradności duchownego.  Po co więc  siedzi na zajęciach? Dlaczego nie ma odwagi zdeklarować się na „nie”? Bo zdecydowanie brak mu odwagi, aby porozmawiać o tym z rodzicami, uzyskać ich zgodę. Lepiej poniżyć innych swoją ostentacyjną lub znużoną obecnością na lekcji o swoim Bogu . 
DB

poniedziałek, 3 września 2012

Na dobry początek

No to ja też, nieco spóźniona, wracam. Nie da się dłużej uciekać od tematu, przymykać oczu na datę, udawać, że to się nie stało. Stało się. Wakacje dobiegły końca, rozpoczął się nowy rok szkolny. Od rana po mieście maszerowały dzieci i młodzież w odświętnych ubraniach. Od jutra lekcje, nauka, plan dnia, pobudka za wcześnie, za dużo zadane, za mało czasu wolnego. Jak by tu wystartować, jak się nie dać jesieni, która nadchodzi i nie ma na to rady? Szperanie internetowe zawiodło mnie na różne ciekawe strony i znalazłam, dawno niewidziane 10 przykazań liberalizmu Bertranda Russella. Może one, noszone w głowie, przemyśliwane, odrzucane lub przyswajane zainspirują ludzi po obu stronach biurka do... czegoś dobrego.

  1. Nie czuj się całkowicie pewny czegokolwiek.
  2. Nie sądź, że warto iść do przodu ukrywając dowody, bo dowody z pewnością zostaną ujawnione.
  3. Nigdy nikogo nie zniechęcaj do myślenia, nawet jeśli jesteś pewien, że ci się to uda.
  4. Kiedy spotykasz się ze sprzeciwem, nawet ze strony żony/męża lub dzieci, staraj się pokonać go argumentacją, a nie autorytetem, ponieważ zwycięstwo oparte na autorytecie nie ma wartości i jest iluzoryczne.
  5. Nie miej szacunku dla autorytetu innych, bo zawsze można znaleźć autorytety przeciwne.
  6. Nie używaj siły do likwidowania poglądów, które uważasz za szkodliwe, bo jeśli tak zrobisz, to te poglądy zlikwidują ciebie.
  7. Nie bój się mieć ekscentrycznych przekonań, bo każda opinia, teraz akceptowana, kiedyś była ekscentryczna.
  8. Znajduj więcej przyjemności w inteligentnej różnicy zdań niż w pasywnej zgodzie, bo jeśli cenisz inteligencję tak jak powinieneś, to to pierwsze oznacza większą zgodę, niż to drugie.
  9. Bądź bezwzględnie prawdomówny, nawet gdy prawda jest niewygodna, ponieważ bardziej niewygodne są próby jej ukrycia.
  10. Nie zazdrość szczęścia tym, którzy żyją w raju głupców, bo tylko głupiec sądzi, że jest to szczęście.
Powodzenia w nowym roku wszystkim życzę.
AJ