Początek roku szkolnego to (oprócz dramatów wypisanych na twarzach podopiecznych,
że to stało się już) konieczność składania
różnego rodzaju deklaracji. Dotyczą one wyboru kół zainteresowań, przedmiotów
zdawanych na maturze, uczestniczenia w zajęciach przygotowania do życia w
rodzinie (co za durne hasło!), wychowania fizycznego i wreszcie lekcji religii.
Ten ostatni przedmiot budzi najdziwniejsze reakcje i jego temat wałkowany jest od
czasu do czasu w mediach, ale raczej ostrożnie, bo zawsze kończy się zarzutem
świętej inkwizycji, że to brutalny atak na kościół/ wiarę. Nie ma więc sensu odgrzewać niezdrowej dyskusji,
ale mnie interesuje – z własnego podwórka - dlaczego tak mała część uczniów
uczciwie rezygnuje z uczestnictwa w tych lekcjach, a tak duża wciąż deklaruje to
uczestnictwo. Jednocześnie nie szanując ani prowadzącego, ani przedmiotu, ani
wreszcie kolegów, którzy akceptują taką formę zajęć, nie wspominając o „mieniu
szkolnym”, intensywniej niż na innych lekcjach niszczonym. Lekcje religii to
chaos, wychodzenie z sali, totalna nonszalancja w zachowaniu, brak
zainteresowania. To ostatnie akurat spotykam na większości lekcji, ale nie tak
ostentacyjne. A przecież każda lekcja religii zaczyna się modlitwą, czyli
jakiegoś rodzaju wyciszeniem, rozmową, refleksją…? Wiem, że to argument
poniżej pasa, ale sam się prosił o użycie.
Czytam wywiady z księżmi –
intelektualistami (to ważne doprecyzowanie), pracującymi w szkole. Opowiadają
horrory, są bezradni, nieprzygotowani do kontaktu ze współczesnym uczniem. Takim,
który przychodzi na religię i pod nosem mruczy pod adresem księdza: pedofil.
Ale jeśli ktokolwiek spróbuje rozmawiać z nim np. o wyprowadzeniu tych zajęć ze
ś w i e c k i e j w
końcu szkoły to narazi się na niemniej obraźliwe określenia. Ten uczeń nie zna podstawowych informacji z
Biblii, nie uczestniczy w żadnej dyskusji, chyba że prowokującej do okazania
bezradności duchownego. Po co więc siedzi na zajęciach? Dlaczego nie ma odwagi
zdeklarować się na „nie”? Bo zdecydowanie brak mu odwagi, aby porozmawiać o tym
z rodzicami, uzyskać ich zgodę. Lepiej poniżyć innych swoją ostentacyjną lub
znużoną obecnością na lekcji o swoim Bogu .
DB
Mnie dziwi za to fakt, że, będąc nie wierzącym czy też niezainteresowanym takimi "nieobowiązkowymi zajęciami", muszę się z nich wypisać, a nie, jak to jest w przypadku innych kół zainteresowań, zapisać. Jeśli są to lekcje nieobowiązkowe to dlaczego są mi one narzucane?
OdpowiedzUsuńA to już pomysł naszych ustawodawców,którzy przyklepali fakt, że konkordatowe zapisy usankcjonowały stan, w którym religia stała się narzuconym elementem systemu w szkole (i nie tylko. DB
OdpowiedzUsuń