czwartek, 6 września 2012

Religijna zagadka

Początek roku szkolnego to  (oprócz dramatów wypisanych na twarzach podopiecznych, że to stało się już)  konieczność składania różnego rodzaju deklaracji. Dotyczą one wyboru kół zainteresowań, przedmiotów zdawanych na maturze, uczestniczenia w zajęciach przygotowania do życia w rodzinie (co za durne hasło!), wychowania fizycznego i wreszcie lekcji religii. Ten ostatni przedmiot budzi najdziwniejsze reakcje i jego temat wałkowany jest od czasu do czasu w mediach, ale raczej ostrożnie, bo zawsze kończy się zarzutem świętej inkwizycji, że to brutalny atak na kościół/ wiarę. Nie  ma więc sensu odgrzewać niezdrowej dyskusji, ale mnie interesuje – z własnego podwórka - dlaczego tak mała część uczniów uczciwie rezygnuje z uczestnictwa w tych lekcjach, a tak duża wciąż deklaruje to uczestnictwo. Jednocześnie nie szanując ani prowadzącego, ani przedmiotu, ani wreszcie kolegów, którzy akceptują taką formę zajęć, nie wspominając o „mieniu szkolnym”, intensywniej niż na innych lekcjach niszczonym. Lekcje religii to chaos, wychodzenie z sali, totalna nonszalancja w zachowaniu, brak zainteresowania. To ostatnie akurat spotykam na większości lekcji, ale nie tak ostentacyjne. A przecież każda lekcja religii zaczyna się modlitwą, czyli jakiegoś rodzaju wyciszeniem, rozmową, refleksją…? Wiem, że to argument poniżej pasa, ale sam się prosił o użycie.

Czytam wywiady z księżmi – intelektualistami (to ważne doprecyzowanie), pracującymi w szkole. Opowiadają horrory, są bezradni, nieprzygotowani do kontaktu ze współczesnym uczniem. Takim, który przychodzi na religię i pod nosem mruczy pod adresem księdza: pedofil. Ale jeśli ktokolwiek spróbuje rozmawiać z nim np. o wyprowadzeniu tych zajęć ze  ś w i e c k i e j    w końcu szkoły to narazi się na niemniej obraźliwe określenia.  Ten uczeń nie zna podstawowych informacji z Biblii, nie uczestniczy w żadnej dyskusji, chyba że prowokującej do okazania bezradności duchownego.  Po co więc  siedzi na zajęciach? Dlaczego nie ma odwagi zdeklarować się na „nie”? Bo zdecydowanie brak mu odwagi, aby porozmawiać o tym z rodzicami, uzyskać ich zgodę. Lepiej poniżyć innych swoją ostentacyjną lub znużoną obecnością na lekcji o swoim Bogu . 
DB

2 komentarze:

  1. Mnie dziwi za to fakt, że, będąc nie wierzącym czy też niezainteresowanym takimi "nieobowiązkowymi zajęciami", muszę się z nich wypisać, a nie, jak to jest w przypadku innych kół zainteresowań, zapisać. Jeśli są to lekcje nieobowiązkowe to dlaczego są mi one narzucane?

    OdpowiedzUsuń
  2. A to już pomysł naszych ustawodawców,którzy przyklepali fakt, że konkordatowe zapisy usankcjonowały stan, w którym religia stała się narzuconym elementem systemu w szkole (i nie tylko. DB

    OdpowiedzUsuń