wtorek, 14 lutego 2012

Walentynkowy koszmarek


Trudno nie zauważyć walentynkowego szaleństwa, które można by nazwać świętem pluszowego kiczu w kolorze strażackim. Adaptowanym zresztą świętem, które prostytuuje najbardziej intymną sferę życia. Wulgarność tego dnia polega na totalnym braku estetyki i próbie (udanej) sprzedania czegoś, czego akurat na sprzedaż wystawiać się nie powinno. Zgadzam się, że pośród polskich świąt niewiele mamy wesołych i nieobciążonych narodowo-religijnym kontekstem i na pewno idea święta miłości jest godna propagowania. Niemniej w tym amerykańskim wydaniu jest ono odpychające i ordynarne. 
Nieodmiennie w tym dniu przychodzi na myśl wiersz T. Różewicza Walentynki:

w dniu Świętego Walentego 
roku pańskiego 1994                                                                                    
słuchałem ćwierkania
pani redaktorki "radia bzdet"
z czarnej skrzynki
promieniował ciepły głos
cip cip cip cipki
- tak wabiły gospodynie
w przedpotopowych czasach
drób - kurki i koguciki
kikiriki
cip cip cip dziewczynki                                                                
życzymy wszystkiego naj naj naj
wszystkim zakochanym
bo to dzisiaj ich święto
cip cip cip
szaleństwo w wielkich domach
towarowych
Amerykanie kupują Amerykankom
biżuterię bieliznę słodycze
wszystko w kształcie
czerwonego serduszka
epidemia "ejds" sprawiła
że obyczajem stało się
wręczanie zakochanym prezerwatyw                                                                                          
ozdobionych serduszkami
wisiorki w kształcie serduszka
bombonierki                                                                                                                     
21-letni chłopak (w kształcie serduszka?) 
zamordował czteroletniego synka
na pytanie dlaczego to zrobił
młody ojciec odpowiedział
"tak długo i głośno płakał
aż mnie zdenerwował"
jego 16-letnia żona
powiedziała płacząc
"wiem że źle zrobił
ale ja go kocham"
Dalej jest jeszcze lepsze, ale to już do samodzielnego poczytania.
Dlaczego jestem taka zmierzła wobec tego dnia? Bo zakłamane, puste, konsumpcyjne, brzydkie, sprowadzające słowo miłość do koszmarnego bubla, do imitacji, taniej podróbki czegoś, co większość myli z zupełnie inną potrzebą. Wkurzam się, bo w życiu nie ma nic ważniejszego niż kochanie. Nie będę się tu oczywiście wymądrzać i wybebeszać, poeci zrobili to dawno i piękniej, ale warto sobie na własny użytek zdefiniować to pojęcie. Bez trywializowania, ale i przesadnego idealizowania. Umieć kochać to umieć zrozumieć, odpuścić, polubić, spokornieć, zaufać, tęsknić, wierzyć, czyli... żyć. Każdego dnia. I tego można się nauczyć. Ale nie za pomocą pluszowego misia-koszmarka ani  innych tanich i tandetnych chwytów. DB
 





poniedziałek, 13 lutego 2012

Podróże kształcą


Jakkolwiek  banalnie by brzmiało, zdanie to ma jednak wymiar zawsze aktualny i prawdziwy. I nawet nie chodzi o ten dosłowny sens edukacyjny - poznawania nowych miejsc, innej kultury, języka, obyczajów, bo to oczywiste. Dobry przewodnik, w takiej czy innej formie, odrobina skupienia i  oczy szeroko otwarte zapewnią niestresującą lekcję, którą pamięta się długo.

Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na szukaniu nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu.
Marcel Proust

Podróże kształcą zatem również w innym sensie. Zmieniają nas, podróżujących (pod warunkiem, że tego chcemy i jesteśmy otwarci na tego rodzaju doświadczenie). Podróżowanie zmusza do wyjścia z utrwalonego schematu, w dosłownym sensie, jak i mentalnym. Musimy być gotowi na odmienność świata,  w którym się znajdziemy, zdobyć się na akceptację rzeczywistości, której nie znamy, mentalności, która często jest nam obca. Piszę – musimy, bo zawsze należy pamiętać, że w czasie podróży jesteśmy gośćmi tych, do których przyjechaliśmy. To wbrew pozorom trudna lekcja – dziwić się, ale nie wydziwiać, uśmiechać, ale nie wyśmiewać, mówić o swojej kulturze, ale nie przechwalać się, akceptować, rażące nieraz , odmienności i nie krzywić się nie rozumiejąc kontekstu. Otwartość, pokora, tolerancja i oczekiwanie n o w e g o  to cechy niezbędne, żeby podróżowanie było frajdą i lekcją jednocześnie.

Nie, nie dla wiedzy podróżujemy. Nie po to też podróżujemy, by na chwilę z codziennych trosk się wyrwać i o kłopotach zapomnieć [...] Nie, nie żądza wiedzy nas gna ani ochota ucieczki, ale ciekawość, a ciekawość jak się zdaje, jest osobnym popędem, do innych niesprowadzalnym.  
Leszek Kołakowski

Podróże kształcą również nasz zmysł estetyczny. I znów nie mam tylko na myśli szeroko pojętej sztuki, zaliczania kolejnych galerii, bazylik, pałaców, uliczek itp., ale czegoś znacznie trudniej uchwytnego. Każde bowiem miejsce na świecie ma swoje niepowtarzalne barwy, specyficzne światło, inaczej drgające powietrze. Umiejętność uchwycenia  impresjonistycznej chwili jest sztuką, której podróże uczą. Bo jakie inne doświadczenie pozwoli dostrzec ten niuans?

Podróżowanie ma raczej więcej wspólnego z doświadczaniem pewnych rzeczy niż z oglądaniem ich.
 Nicholas Sparks

Podróże kształcą także nasze podniebienia. Pod warunkiem wszakże, że nie żywimy się we wszechobecnych mcdonaldach lub nie zamawiamy w kurpiowskiej wiosce lub marokańskiej knajpce kurczaka z frytkami. Kulinaria to zupełnie odrębny sposób na poznawanie świata. Nowe, fascynujące już z samej nazwy potrawy potrafią uruchomić w nas zupełnie nieznane  i zaskakujące dla nas samych doznania. Wypchnąć  nas w absolutnie kosmiczny wymiar. Ale to znów wymaga odwagi i wspomnianej już otwartości.  I odrzucenia pychy, która podpowiada, że dobre to tylko nasze.

Przed wszystkimi podróżami: w Bieszczady, na Jukatan, do Patagonii, dookoła świata, na biegun północny, południowy, na Księżyc, na Marsa, na Wenus, dokądkolwiek, przed wszystkimi tymi podróżami – jest jedna prawdziwa podróż i absolutna: w głąb siebie.
Edward Stachura

Podróże kształcą w nas psychologiczne i socjologiczne umiejętności, jeżeli tylko posiadamy dar uważnego patrzenia, świadomego przyglądania się, dziecięcego podglądania.


Podróże za każdym razem dają mi coś nowego, zarówno w spojrzeniu na świat, jak i w ocenie ludzi. Pod kątem obserwacyjnym zupełnie zmieniają perspektywę.
Martyna Wojciechowska

Żeby jednak uwierzyć w kształcącą moc podróży należy pozbyć się kompleksów, z których niestety często wyrasta ksenofobia i to ona powoduje, że zamiast nauki przywozimy z podróży przekonanie, że ten świat jest dziwny i przereklamowany.


Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.                                                  
Ryszard Kapuściński

i to by było na tyle refleksji pourlopowych... DB


środa, 8 lutego 2012

Saluti d'Italia

Pozdrawiamy z Włoch:























Z Wenecji...

I z Florencji:



Przez następne dwa dni bawimy w Rzymie. Włochy są piękne, język włoski jak melodia, kawa pyszna, pizza prawdziwa;) No i temperatura powyżej zera. La vita e bella.

AJ DB

sobota, 4 lutego 2012

Nie ogarniam dzisiaj rzeczywistości


Umarła Szymborska.
Sześciomiesięczna Madzia chyba wcale nie została porwana – sowy nie są tym, czym się wydają.
Tusk z hipokryzją odszczekuje to, co wcześniej tak arogancko przyklepał.
Mrozy mnie paraliżują.
Benzyna nie tanieje.
Pani ze sklepu powiedziała dziś: a będzie jeszcze gorzej.
Nie  mogę czytać ani oglądać filmów.

Utraciłam zdolność obrony przed smutkiem, absurdem i brutalnością świata tego. Marzę o urlopie.
DB

czwartek, 2 lutego 2012

Głos w sprawie tak zwanego świętego oburzenia

Zatrważające są skutki czytania bez zrozumienia. Widziałam przypadki tegoż nie raz. Jeszcze bardziej przykry jest zwyczaj czytania wybiórczego, z tezą postawioną z góry. I opłakane są skutki tej praktyki. Doświadczyłam tego niejednokrotnie tutaj, wielokrotnie w szkole (tam to raczej słuchanie bez zrozumienia i z tezą). Doświadczają tego wszyscy piszący, głoszący coś publicznie. Najgorzej jest oczywiście, gdy dotyka się spraw drażliwych. Jeszcze gorzej, gdy ma się w zwyczaju pisać z przymrużeniem oka, nieco ironicznie, licząc, że czytelnik zrozumie, że to tak specjalnie zostało wyolbrzymione, przejaskrawione, że to tak nie do końca serio... A z czytelnikami bywa różnie. Czytelnicy to często ludzie bardzo serio. Wszystko, co przeczytają (usłyszą) biorą natychmiast do siebie. Czują się atakowani. Prześladowani. Gnębieni. Dyskryminowani. Wyłączają rozum, a włączają i podkręcają maksymalnie emocje. Czują, że muszą zabrać głos, aby bronić... czegoś tam. I awantura gotowa.

Wiele takich przypadków zna także literatura. Ot, taki Ignacy Krasicki. „Książę poetów polskich”, bywalec obiadów czwartkowych, przyjaciel i doradca króla Stasia, moralista i dydaktyk oświeceniowy. Twórca strofy, która przez wiele lat pełniła funkcję hymnu narodowego (Święta miłości kochanej ojczyzny). Ba! biskup warmiński, arcybiskup gnieźnieński! I tenże ksiądz – poeta popełnił poemat heroikomiczny zatytułowany Monachomachia opowiadający w swym momencie szczytowym o bijatyce braci zakonnych, podczas której w ruch poszły trepy, kufle, lichtarze, antałki z miodem, rożen i inne znajdujące się pod ręką przedmioty. Zakonników godzi vitrum gloriosum (sławny puchar) i wspólna namiętność do mocnych trunków. Nazywa X.B.W. księży wielebnym głupstwem, świętymi próżniakami, z lubością opisuje ich umiłowanie jedzenia i picia (wstrzemięźliwość nie jest teraz w modzie), obśmiewa ich nieuctwo (żaden nie wie, gdzie są księgi,/Na ich szukanie wyznaczają posły) i lenistwo.

 Robert Listwan http://www.listwan.com/galeria-setnik1.html

Po ukazaniu się Monachomachii wybuchł oczywiście skandal, bo dostrzeżono wyłącznie krytykę – zainteresowani poczuli się dotknięci, atakowani i gnębieni oczywiście, a do tego jeszcze ZDRADZENI przez jednego ze swoich. Uznano, że Krasicki jest jak ptak kalający własne gniazdo i tak dalej, i tym podobnie. Czytano niedokładnie i bez zrozumienia, czytano oczywiście arcypoważnie i hipersłuszne było oburzenie, a nawet święte oburzenie było, nie zauważono słów:
Po cóż się gniewać? Wszak astronomowie
Znaleźli plamy nawet wpośrzód słońca.
W szyszaku, w czapce, w turbanie, w kapturze —
Wszyscyśmy jednej podlegli naturze.

Albo:
Szanujmy mądrych, przykładnych, chwalebnych, śmiejmy się z głupich, choć i przewielebnych.

Albo jeszcze:
Czytaj i pozwól, niech czytają twoi,
Niech się z nich każdy niewinnie rozśmieje!
Żaden nagany sobie nie przyswoi,
Nikt się nie zgorszy, mam pewną nadzieję.
Prawdziwa cnota krytyk się nie boi,
Niechaj występek jęczy i boleje!

I tyle. Na pocieszenie atakowanym:) autorom i autorkom pozostaje jeszcze raz zacytować Krasickiego: Pisz, coś widział, poczciwość prawdy się nie lęka!


AJ

środa, 1 lutego 2012

Optymizm - intelektualna pomyłka czy karykatura nadziei*

Od paru dni nie mogę napisać posta, bo postanowiłam, że na odmianę powinien być niekontrowersyjny i optymistyczny, z naciskiem na to ostatnie. No i właśnie tu zaczęły się schody. Tak jak nie umiemy mówić o sobie dobrze i miło, tak nie potrafimy  patrzeć na świat w jaśniejszych barwach. Z natury większość z nas jest chyba pesymistami. Jakoś tak łatwiej się narzeka, krzywi, wyłuskuje z codzienności brzydactwa, pogardliwie wykrzywia usta. Z sarkazmem na twarzach wydajemy się sobie tak bardziej interesujący. Gorzej, jeśli ta Gombrowiczowska gęba przylgnie do nas na stałe i już nie możemy inaczej. Wtedy każda próba zwrócenia uwagi na coś miłego, pozytywnego wydaje się nam podejrzanie naiwna. Stajemy się niewolnikami własnego racjonalizmu. Jak dobrze byłoby przyjąć optykę Forresta , Amelii lub bohaterki "Happy -Go -Lucky". Ciekawe czy to się trzeba takim urodzić (akurat to pytanie nie dotyczy Forresta), upaść na głowę w dzieciństwie czy po prostu da się to wypracować. Poradniki wszelkiej maści obstawiają to ostatnie, ale wiadomo, że one nie są wiarygodne, bo chcą na nas zarobić (i to jest właśnie myślenie pesymisty). Gdybym znała odpowiedź na to filozoficzne pytanie - jak zrobić, żeby być optymistą - zostałabym drugim Coelho. Ale nie znam i nie dowierzam ani poradnikom, ani pisarczykom, którzy żyjąc w luksusowym świecie, podpisują lukratywne kontrakty na kolejne książki o  buddyjskiej drodze poszukiwania siebie i wyrzekania się doczesnych dóbr, a wszystko to wynika rzekomo z głębokiego przekonania o dobru świata tego.Odmówiono mi łaski tegoż przekonania. Co jednak nie oznacza, że nie jestem optymistką. Czasami. Podłożem tegoż stanu b y w a zanikająca, ale jednak wciąż wiara w ludzi. Nie we wszystkich oczywiście i nie zawsze. Waży się we mnie niechęć z podziwem. Informacje, które serwują media napełniają odrazą do ludzkiego gatunku, ale z kolei pan, który  wczoraj wysiadł z bmw na ruchliwej ulicy w Mieście, Którego Nazwy Nie Wypowiem, żeby pomóc zepchnąć obcej pani zepsuty samochód, uradował mą duszę i zafundował mi tym gestem miły poranek. Bo przecież nie musiał, mógł ją minąć, jak dziesiątki aut wcześniej.
Czyli, z powyższego wynika , że bycie optymistą to umiejętność wygrzebywania z codzienności takich właśnie zwyczajnych - niezwyczajnych zdarzeń i zachowań. Ładne i proste i już mogłabym to ogłosić światu jako złotą myśl Doroty B, ale powstrzymuje mnie odkrycie naukowców w tej materii, którzy sugerują, "że skłonność do optymizmu jest powodowana przez błędną ocenę dokonaną przez mózg w sytuacji, gdy docierają do niego pesymistyczne uaktualnienia danych.Wyniki badań zaprzeczają zatem obiegowej opinii, że ludzie z pozytywnym nastawieniem mają łatwiej w życiu – ignorowanie zagrożeń sprawia, że optymiści nie są na nie przygotowani"*  No i już pojawia się zwątpienie, zwłaszcza że podobnie pisał francuski filozof R.Aron " Optymizm jest najczęściej wynikiem intelektualnej pomyłki". Czyli optymizm to samooszukiwanie się i urąganie swojemu intelektowi?
Mam dość - nie znajdę odpowiedzi i w związku z tym nie napiszę dziś nic optymistycznego.
Ale, a propos bohaterów filmowych - otwieram listę optymistycznych filmów, które zawsze poprawiają humor:
    
  • "Pod słońcem Toskanii"
  • "Amelia"
  • "Forrest Gump"
  • "Once" 
  • "Masz wiadomość"
  • "Czekolada"
  • "Smażone zielone pomidory"
  • "Sex w wielkim mieście"
  • "Mamma Mia"
Kolejność przypadkowa, proszę o dalsze propozycje!
DB


*to autorstwa G. Cesbrona
*nie pamiętam źródła, gdzieś w necie:(