środa, 7 listopada 2012

Jak to się robi w Ameryce

Zaprawdę szczęśliwy to kraj, w którym pokonany po długiej batalii kandydat na najwyższe stanowisko w państwie gratuluje, tuż po swej przegranej, przeciwnikowi i uznaje w nim również swojego prezydenta. To nieznana w naszej rzeczywistości forma kultury politycznej. Oczywiście, że dzisiejsze słowa Romneya to kurtuazja i przejaw dalszej gry politycznej, ale tym bardziej zaskakuje opanowaniem i obyciem. Nie należę do  grona wielbicieli Ameryki, nie po drodze mi ze świadomością tego narodu, ale ze względu na jego różnorodność i wszechstronność, trudno się mu nie przyglądać z ciekawością, czasami nawet zazdrosną ciekawością. Towarzyszyła mi ona w trakcie podglądania ichniejszej kampanii wyborczej, której zasady są dla mnie tyle samo zrozumiałe co zasady bejsbolu, ale przedmiotem zazdrości było coś innego. Oto społeczeństwo, które nie musi wybierać swojego polityka w kategoriach  mniejszego i większego zła. Cała kampania prezydencka pokazała, że oprócz zrozumiałych różnic w poglądach i propozycjach  dla wyborców, obaj panowie reprezentują klasę, kulturę, wykształcenie i opanowanie we wzajemnej dyskredytacji. Obaj też są bardzo religijni i to mogło się dobrze sprzedawać wśród pobożnych Amerykanów. A jednak ten bardziej zaangażowany religijnie przegrał. Społeczeństwo, nawet to przysięgające na Biblię, nie godzi się na związek polityki z religią. Pieniądze w kampanii, które mogłyby pochodzić z jakiegokolwiek kościoła, zawsze grożą uwikłaniem. I jak wtedy decydować o  sprawach takich jak in vitro, aborcja, antykoncepcja? Oni akurat te problemy mają rozwiązane, ale gdyby tak zasadę tę zastosowali polscy politycy, wychodząc z cienia toruńskiego sędziego sumień! Gdyby chociaż przestali po katolicku obrzucać się językiem nienawiści (który za chwilę zbierze kolejne żniwo w trakcie Marszu Niepodległości), gdyby wreszcie zauważyli, że oprócz formy monologu, istnieje trudna wprawdzie, ale osiągalna sztuka rozmowy, gdyby.... Ale wtedy jeszcze, nie daj boże, powiałoby u nas Ameryką. DB

 
Rys. Rafał Zawistowski
  

5 komentarzy:

  1. Pytanie z innej beczki: Według Pani w jakim filmie występuje zagubiony bohater ?

    OdpowiedzUsuń
  2. Bohater zagubiony w świecie

    OdpowiedzUsuń
  3. To i tak jest bardzo ogólnikowe sformułowanie, bo owo zagubienie może mieć milion przyczyn i twarzy. To w ogóle temat przewodni zarówno literatury, jak i filmu. Niezagubiony to był chyba tylko James Bond:)Filmy, które przychodzą mi do głowy na szybko to np. "Wszystko za życie" S. Penna, , "Orbitowanie bez cukru" B.Stillera , "Życie ukryte w słowach"I. Coixet, "Wstyd" S. McQueena, "Droga do szczęścia" S. Mendesa. Dwa ostatnie bardzo dramatyczne.Te filmy są bardzo różne, ale nie wiem do czego mają posłużyć.DB

    OdpowiedzUsuń
  4. ,,CI CO WŁADZĘ MAJĄ ROBIĄ SYF I W TYM SYFIE SIĘ TARZAJĄ..."
    Ale maja prezia co dolary dodrukowuje !

    OdpowiedzUsuń