sobota, 10 listopada 2012

Wielkie święto licytacji uczuć narodowych

Jutro 11 listopada – święto licytacji, kto jest bardziej patriotycznym patriotą, kto ma racniejszą rację i kto jest najprawdziwszym Polakiem, jednocześnie odmawiającym tego prawa innym. Prawica, lewaki, różowi, czerwoni, czarni, zamaskowani i bez masek, w na pewno nie wspólnym pochodzie, przywłaszczą sobie JEDYNE I SŁUSZNE ROZUMIENIE SŁOWA - OJCZYZNA. Więc ja, gdy jutro (...) zaczną na tysięczną modłę/Ojczyznę szarpać deklinacją/I łudzić kolorowym godłem,/I judzić "historyczną racją"*,powtórzę sobie za Marią Peszek sorry Polsko
DB

źródło


*J. Tuwim - dla rasowych Polaków bardzo nierasowy Polak

















środa, 7 listopada 2012

Jak to się robi w Ameryce

Zaprawdę szczęśliwy to kraj, w którym pokonany po długiej batalii kandydat na najwyższe stanowisko w państwie gratuluje, tuż po swej przegranej, przeciwnikowi i uznaje w nim również swojego prezydenta. To nieznana w naszej rzeczywistości forma kultury politycznej. Oczywiście, że dzisiejsze słowa Romneya to kurtuazja i przejaw dalszej gry politycznej, ale tym bardziej zaskakuje opanowaniem i obyciem. Nie należę do  grona wielbicieli Ameryki, nie po drodze mi ze świadomością tego narodu, ale ze względu na jego różnorodność i wszechstronność, trudno się mu nie przyglądać z ciekawością, czasami nawet zazdrosną ciekawością. Towarzyszyła mi ona w trakcie podglądania ichniejszej kampanii wyborczej, której zasady są dla mnie tyle samo zrozumiałe co zasady bejsbolu, ale przedmiotem zazdrości było coś innego. Oto społeczeństwo, które nie musi wybierać swojego polityka w kategoriach  mniejszego i większego zła. Cała kampania prezydencka pokazała, że oprócz zrozumiałych różnic w poglądach i propozycjach  dla wyborców, obaj panowie reprezentują klasę, kulturę, wykształcenie i opanowanie we wzajemnej dyskredytacji. Obaj też są bardzo religijni i to mogło się dobrze sprzedawać wśród pobożnych Amerykanów. A jednak ten bardziej zaangażowany religijnie przegrał. Społeczeństwo, nawet to przysięgające na Biblię, nie godzi się na związek polityki z religią. Pieniądze w kampanii, które mogłyby pochodzić z jakiegokolwiek kościoła, zawsze grożą uwikłaniem. I jak wtedy decydować o  sprawach takich jak in vitro, aborcja, antykoncepcja? Oni akurat te problemy mają rozwiązane, ale gdyby tak zasadę tę zastosowali polscy politycy, wychodząc z cienia toruńskiego sędziego sumień! Gdyby chociaż przestali po katolicku obrzucać się językiem nienawiści (który za chwilę zbierze kolejne żniwo w trakcie Marszu Niepodległości), gdyby wreszcie zauważyli, że oprócz formy monologu, istnieje trudna wprawdzie, ale osiągalna sztuka rozmowy, gdyby.... Ale wtedy jeszcze, nie daj boże, powiałoby u nas Ameryką. DB

 
Rys. Rafał Zawistowski
  

środa, 31 października 2012

Niepoprawna dynia

Od lat uczę literatury i choć wiele mówi się o nieprzystawalności kanonu lektur do życia to na upartego można się jednak nimi podeprzeć w ocenie współczesnej rzeczywistości. A dziś rzeczywistość owa mnie znów zaskoczyła i  jednocześnie nasunęła mi literacką analogię. Otóż w znienawidzonym przez młodzież romantyzmie mówi się głównie o niej – młodości - w samych superlatywach. Staje się kategorią moralną wskazującą na same pozytywne cechy tego wieku – buntowniczość, siły w pokonywaniu barier, nieszablonowe myślenie, chęć radykalnych zmian, nonkonformizm i wierność sobie. Rozumiem dlaczego współczesna młodzież nuży się tą epoką – po prostu nie wie o co chodzi, bo wyżej wymienione cechy są jej absolutnie nieznane. Bardziej odpowiada wizerunkowi  owych starców z „Ody do młodości” – tępota spojrzenia, gnuśność, bezmyślność. Uprzedzam, że daję sobie prawo do generalizowania, zwłaszcza po dzisiejszym dniu. W naszej szkole miało się odbyć, podobnie jak w ubiegłym roku, święto dziadów, czyli tak naprawdę konkurs plastyczny pod hasłem: kto wydłubie coś z dyni i kto się oryginalnie przepoczwarzy na okoliczność helołin. Niestety w ostatniej chwili samorząd zdecydował, że to święto nie wywodzi się z naszej tradycji i osoby religijne źle patrzą na takie zabawy, więc imprezę odwołano (!). To, że zabawa helołinowa nie wywodzi się z naszej tradycji to chyba wie już przedszkolak, że jest pogańskim świętem celtyckim to też wiadomo, ale , że jest antychrześcijańskie to już wymysł zupełnie dzisiejszy! Namnożyło się egzorcystów, którzy próbują nas chronić a to od Harrego Pottera, a to od horoskopów, homeopatii, biżuterii ze Wschodu, imprez halowych, koncertów metalowych, święta andrzejkowego (bo wróżby) i oczywiście helołin*. A jakoś pogańsko-germańska choinka w święta nie przeszkadza. „Dziady” Mickiewiczowskie (obrona pogańszczyzny) to dobro narodowe, a dłubanie w dyni i stawianie w niej świeczki za dusze czyśćcowe i przekonywanie, że po śmierci coś jeszcze istnieje to szatański pomysł. Tylko jakoś tak bardzo podobny do zaakceptowanej powszechnie ceremonii stawiania tychże świeczek na grobach! Ale najbardziej mnie dziwi reakcja młodzieży właśnie, która sympatyczną imprezę deprecjonuje w imię jej rzekomo antypolskotradycyjnego i antychrześcijańskiego charakteru. Mam nadzieję, że ta część młodzieży będzie pamiętać, że tak ulubione przez nią walentynki również są świętem obcym naszej narodowej kulturze. Ale za to nie zapomi pamiętać o 11 listopada, 2 kwietnia, 3 maja, 15 sierpnia itd. Zadumy przy nich sporo, zabawy zero, ale za to i narodowo i religijnie. DB

*cytuję z artykułów o egzorcystach polskich  w "Polityce" i "Wprost"

sobota, 20 października 2012

Szanowna redakcjo!

Skończyłam właśnie cosobotnią celebrę, w której swoje stałe miejsce znajduje lektura weekendowej Wyborczej, z WO na czele. To bardziej przyzwyczajenie niż potrzeba, bo pismo zawodzi z miesiąca na  miesiąc coraz bardziej. Czytam je od początku istnienia, ale dziś WO budzą moje zdziwienie i pytanie kto jest  właściwie odbiorcą tej gazety. Dla mnie było to jedyne pismo o feministycznym nachyleniu , które mogło (acz w praktyce  się nie udało) trafić pod strzechy. Miało rozjaśniać w głowach myślącym, ale nieco pogubionym kobietom, które zaczynają wprawdzie rozmowę od tekstu "ja nie jestem feministką, ..." ale w gruncie rzeczy można liczyć na ich  samodzielne myślenie.  Ale w WO pojawiają się takie dziwne kwiatki jak np. list Wiesława z tego tygodnia (20.10), którym redakcja strzela sobie w stopę. Albo próbuje udawać, że tworzy baaardzo otwarte pismo i publikuje również baaardzo odmienne stanowiska. Tylko czy to jest w porządku wobec kobiet, dla których żąda wspomnianych poniżej parytetów i niezależności, w tym finansowej? Pan Wiesław pisze: "[żona] nie zawdzięcza swojego zadowolenia ruchom feministek nawołujących do parytetów (...) w uproszczeniu antagonizujących mężczyzn i kobiety". Niech mu będzie, ale dalej opisuje jak wyznacza żonie ryczałt na zakupy, jak większe wydatki musi z nim uzgadniać, jak wyznacza jej 10 minut na wyrzucenie z siebie skarg, ale też podkreśla jej zalety: jaka czyściutka, tolerancyjna, pracowita. I jeszcze jak bardzo p. W. musi się hamować, żeby nie powiedzieć jej nic przykrego, bo wiadomo, że "jest niereformowalna i dyskusja nad jej decyzjami nie ma sensu". I na koniec ten stan rzeczy nazywa tolerancją. A redakcja  daje tytuł "Sposób na dobry związek", a autorowi perfumy. Na pocieszenie żonie także. No brawo! Gratuluję dobrego samopoczucia, zwłaszcza w kontekście artykułu na kolejnych stronach o przemocy domowej. No ale list pana W. przecież nie ma z tym nic wspólnego, prawda? Pani Paulino , napisała Pani takiego zgrabnego wstępniaka, czego więc przykładem ma być tak beznadziejny list? O co chodzi? Podobnego samobója strzeliły sobie poprzednie WO Ekstra drukując felieton Mikołejki o wózkowych. Fajnie, drogie kobiety dziennikarki, w imię szeroko pojętej otwartości, dajecie życie szowinistom (jak ten powyżej) lub nadętym intelektualistom, którzy mogą bredzić głupoty z poczuciem wyższości, bo kobiety onieśmielone ich intelektem zgodzą się na publikację krytyki samych siebie. I dlatego panowie nie muszą zakładać pism tylko dla siebie, o ich dobre samopoczucie i wysokie ego zadbają same kobiety,  nawet w tak ironicznie traktowanych przez niektórych z nich WO. Z poważaniem DB


  * rysunek pożyczony  z bloga

wtorek, 16 października 2012

Pogratulujmy sobie Narodowego!

To co wydarzyło się dziś na Narodowym, określane przez dziennikarzy , komentatorów i kibiców jako żenada, kuriozum, kompromitacja, obciach, hańba (niedawno takie same określenia padały przy okazji afery z trumnami smoleńskimi) ma dla mnie wymiar symboliczny. Ten zatopiony stadion i tysiące zawiedzionych ludzi, którzy ZAPŁACILI za bilety to symbol tego kraju – marnotrawstwa, bezmyślności , braku przewidywalności rzeczy i zjawisk przewidywalnych, braku odpowiedzialności osób decyzyjnych i ich nieporadności wobec czegoś tak „zaskakującego” jak…deszcz w październiku! I jeszcze bezczelności, aby prymitywnie szukać dla siebie usprawiedliwienia. Regularne wystawianie się na pośmiewisko to oznaka masochizmu narodowego. Przez wieki neutralizowanego groteskowym humorem, ale hasło "Barejowski miś wiecznie żywy" już coraz mniej bawi. Nie ma się co cieszyć ze słomy wyłażącej już nie tylko z butów, ale i z samego centrum stolicy. Która sobie nawet metra nie umie zbudować, żeby nie zawalić połowy miasta! DB