Zaniedbałam wpisy – mea culpa –
bo więcej czasu spędzam poza domem i szkołą niż w nich. Ma to swoje dobre strony,
bo wiele rzeczy mnie nie irytuje, a powinno, jak np. to, że w sobotę, która
była obowiązkowym dniem nauki, w przybytku szkolnym pojawiło się 20%
podopiecznych. Pozostali mieli gdzieś ten obowiązek, siląc się na wymówkę lub
nie. Odejmując tych,
którzy nie mieli czym dojechać do szkoły i tak zostaje spora część, która
uznała, że sobota to dzień uświęcony niezbywalnym prawem do lenistwa. Jest to
tylko dowód na niedojrzałość i dziecinadę, o których zapomina się
w chwili domagania się dla siebie praw np. do niekończących się popraw i
podnoszenia ocen, wymuszania na nie kolejnych terminów, robienia maślanych oczu
i błagalnych min o ostatnią szansę. Jak napisałam, nie irytuje mnie to, bo mam
głowę zaprzątniętą czymś innym, ale również dlatego, że to odwieczny rodzaj gry
strategicznej rozgrywającej się zawsze o tej samej porze roku w każdej placówce
szkolnej. Uczniowie żebrzą, nauczyciele grożą, potem jedni i drudzy przystają
na swoje warunki, każdy stara się wyjść z twarzą. Nie jest to dziś takie
trudne, w zanadrzu mamy przecież durny przepis o promocji warunkowej, więc
nauczyciel okaże się konsekwentny, zmusi do poprawki, a uczeń i tak wie, że
znajdzie się w następnej klasie i nie psuje mu to planów wakacyjnych. I wszyscy dobrze się bawimy w te szkolne podchody, tylko czy w szkole średniej nie jesteśmy już za poważni na ten rodzaj "rozrywki"? Hipokryzji
szkolnej ciąg nieustanny….DB