wtorek, 28 lutego 2017

Zwyczajnie szkoda mi drzew



Spośród oceanu złych i jeszcze bardziej złych wiadomości największe wrażenie robią na mnie te dotyczące uśmiercania drzew. Bardzo świadomie pozwalam sobie na tak egzaltowane określenie, bo jest coś przejmującego w tych powalonych pniach, a w samym procederze masowej wycinki – bezpowrotnego. Nieodwracalności tej dewastacji, jakiejś nadaktywności jej towarzyszącej nie da się tłumaczyć nagłą koniecznością zlikwidowania „nadmiaru” drzew, zarówno w przestrzeni przydomowego podwórka, jak i publicznej. Nic nie usprawiedliwia durnych tłumaczeń właścicieli prywatnych posesji: „zasadziłem sobie , to teraz sobie zetnę, moje są” ani tym bardziej wycięcia drzew miejskich. Nie mówiąc już o wieloletnim procederze wycinania drzew przy drogach, aby pozbawiony instynktu samozachowawczego idiota nie roztrzaskał się o nie. Zamiast edukować idiotę, rżnie się potencjalnego winowajcę – lipę, topolę, wierzbę. Jasne, że jak zawsze chodzi o pieniądze, ale popełniamy właśnie zbiorowe samobójstwo, rozciągnięte w czasie, tym bardziej bolesne, że świadome. Zdaję sobie sprawę, że  drzewa nie ochronią nas już przed smogowym problemem, ale jednak wiernie przez dziesięciolecia wdychały te miejskie smrody, dając nam pozór dotleniania naszych coraz bardziej obciążonych płuc. I trochę cienia. I jeszcze zapewniały poczucie estetyki, zasłaniając sobą ohydę pstrych reklam i architektoniczną pastelozę.
W kontekście statystyk określających kurczące się w ekspresowym tempie tereny zielone (z Puszczą Amazońską na czele) źle znoszę widok nawet leśnych wycinek, rzekomo pod kontrolą i dla zachowania równowagi ekosystemu (jak polowania?!). Brzmi to tak butnie i niedorzecznie, tak ludzko!DB

Ps. Polecam świetną lekturę Petera Wohllebena „Sekretne życie drzew”, nie polecam natomiast narodowej dyskusji anonimowych zwolenników i przeciwników problemu drzewnego w komentarzach netowych.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz