Powiało mi dziś Krakowskim Przedmieściem sprzed dwóch lat lub Palikotową awanturą
wywołaną pomysłem zdjęcia krzyża z sejmowej sali. Już nawet gdy piszę „zdjęcia
krzyża” to czuję dreszcz niepokoju, bo to jak pocieranie lampy Alladyna – można
być pewnym, że dżin wyskoczy. I to wyjątkowo upiorny. Ale po kolei…Ktoś zdjął w
kilku salach lekcyjnych krzyże, bo szkoła jako instytucja państwowa powinna być
z założenia neutralna religijnie, a symbole takie jak krzyż tę zasadę neutralności światopoglądowej naruszają.
Ktoś inny poczuł się urażony, bo godzi to w jego uczucia i jest aktem przemocy
wobec wyznawanych wartości. Z jednej i
drugiej strony określa się to zamachem na wolność. Nie zamierzam tu rozstrzygać
kto ma rację, kto sensowniejsze argumenty, bo sprawa jest w polskich
realiach nie do rozwiązania. Wadliwa regulacja prawna, brak dobrej woli, kultury
dyskusji i nieco wyższego poziomu wrażliwości nigdy nie rozstrzygnie sprawy.
Konstytucja tego kraju z jednej strony mówi, że władze powinny zachować
bezstronność w sprawach wyznaniowych, a z drugiej, że zapewnia się swobodę
wyrażania przekonań religijnych w miejscach publicznych. No i to już stanowi
element spekulacji, ale w tzw. demokracji większość ma rację.
Mnie zasadniczo ten symbol nie przeszkadza, wolałabym wprawdzie, aby
dla jego dobra nie było go w przestrzeni szkolnej, ale to nie moja sprawa, że
ktoś tu strzela sobie w kolano, wieszając tego rodzaju znak w miejscu, w którym ludzie
nałogowo kłamią, ściągają (a więc oszukują), są agresywni, klną i w
swoich czasem chamskich zachowaniach ignorują symbol udręczonego Boga. To forma
profanacji ze szczególną premedytacją lub bezmyślnością. Nie wadzą mi więc
krzyże, ale zastanawia mnie: po co one tam wiszą? Kto, komu, co chce udowodnić?
Bo, jak zawsze powtarzam swoim uczniom, wiara to rzecz bardzo intymna, to
prywatna, głęboka relacja z jakimś absolutem, z której nie trzeba zdawać relacji
osobom postronnym. A przynajmniej nie warto w tak nieprzyjaznej przestrzeni,
jaką jest szkoła, zwłaszcza w obecności osób, które tego sobie nie życzą. I tu
dochodzimy do muru. Bo jak wspomniałam, dyskusja wokół tego tematu to mission
impossible. Mnie, jako człowieka, który językiem i jego funkcją zajmuje się na
co dzień, interesuje właśnie kwestia retoryki, do jakiej odwołują się obie strony.
Cechą wspólną jest zabarwienie
emocjonalne na poziomie grożącym wylewem do mózgu . Zasadniczo dominuje język
inkwizycji lub retoryka wojenna po
jednej stronie oraz ironia, drwina,
pogarda, wyrażające poczucie wyższości, po drugiej. Nie oznacza to oczywiście,
że dochodzi do bezpośredniego starcia, w takich gronach jak szkolne, z
pełną „kulturą”, pyskuje się te kwestie za plecami, po cichu, podobnie jak po
cichu znika (lub się pojawia) przedmiot pyskówki, czyli krzyż. Jego przeciwnicy i tak stoją na
straconej pozycji, bo są w mniejszości, bo zostaną zametkowani jako ateiści,
nihiliści, komuniści. Ale przynajmniej oddadzą przeciwnikom z nawiązką, jako fundamentalistom, talibom i moherom. A wszystko z powodu symbolu miłości. DB
Źródło obrazka: https://encrypted-tbn2.gstatic.com


