Szanowni Czytelnicy, wracamy. Koniec złudnej nadziei, że ten
upajający stan wolności może trwać wiecznie. Czekaliśmy na wakacje, potem były
wakacje, ale już ich niestety NIE MA. Liczę
sobie powakacyjne zyski i straty, w poczet tych ostatnich wpisując fakt, że
dobre musiało się skończyć. Powrót z wakacji to nie tylko powrót do
codziennych, skrupulatnie zaplanowanych obowiązków, rytmu dnia, którego początek
przez 5 dni w tygodniu obwieszcza nienawistny dźwięk budzika, to powrót do konwencji,
wymuszonych relacji, trudnej sztuki codziennej dyplomacji, zderzania się z opiniami
innych, do rzeczywistości politycznej, której
dłużej nie można ignorować. Fajnie było poudawać, że tego nie ma, że jest się
wolnym od jakiegokolwiek „muszę”, że można było się obyczajowo rozleniwić. Stąd teraz ten pourlopowy niepokój. Wkrótce
zmieni się w stan permanentny i przestanie być dojmujący, a nawet zauważalny,
ale dziś jeszcze jest.
Na dowód, że wracam do świata groteskowo - niezrozumiałego, coś co wywołało jednak moją radosną reakcję, nawet przy świadomości końca wakacji - dzieło hiszpańskiej staruszki, pani C. Gimenez:
Oryginał może i był nieco ładniejszy, ale za to nie tak oszałamiająco popularny jak jego odnowiona - awangardowa wersja. Miny konserwatorów, księdza proboszcza parafii w Borja i wreszcie samej zainteresowanej - bezcenne!
Z gorzko-słodkim powitaniem DB.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz